Jak mi się żyje w Kostaryce i czy mnie uratowała?

Dawno nie było tu osobistej refleksji, bo staram się na blogu dzielić z Wami przede wszystkim merytoryczną, konkretną wiedzą o podróżach, tak by ułatwić Wam planowanie własnych. Ale dziś mi się zebrało, a właściwie to Wy mnie zainspirowaliście, bo ciągle dopytujecie: jak tam jest? Jak Ci się żyje w Kostaryce? Jak wygląda Twój dzień? Co właściwie tam robisz tyle czasu? Czy warto tam jechać i trochę pomieszkać?

Zacznę do tego, ze ostatni rok dał mi mocno w kość. Mimo, że walcząc do ostatniej kropli krwi z rzeczywistością i ze światem, udało mi się dopiąć kilka fantastycznych projektów i podróży w Puerto Rico, Panamie, Szwajcarii i Austrii, to z dnia na dzień wyparowało ich cztery razy więcej. Nad takimi działaniami pracuję często miesiącami, robiąc szczegółowe plany, ustalając stronę logistyczną i marketingową, inwestując czas, zasoby i energię. A tu pewnego dnia w marcu po prostu wszystko wyparowało. W moim przypadku nie tylko możliwość zarabiania i praca, ale też styl życia, pasja i hobby. Z psychologicznego punktu widzenia stało się to w sposób najgorszy z możliwych, czyli z dnia na dzień i bez możliwości przygotowania sobie planu B. Dla mnie jednak najgorsza było niemożność planowania w przód i utrata poczucia, że wiem, gdzie podążam i co jest dalej. To mnie kompletnie wypaliło i pozamiatało. Choć nawet na chwilę się nie poddałam, w pandemii rozwijałam bloga, pisałam zaległe teksty i dopięłam kilka projektów, okazało się to tak wycieńczające, że pod koniec 2020 roku byłam już wrakiem siebie samej. Na zewnątrz niby wszystko ok, ale w środku było pusto. Ktoś bliski kiedyś mi powiedział, że choć się uśmiecham, to moje oczy są bardzo smutne. W pewnym momencie nie dało się tego już ukryć.

Stwierdziłam, że już nie mogę i muszę o siebie walczyć, bo będzie bardzo źle. Czułam, że się duszę i nie mam już z czego ratować mojej rzeczywistości. Zdaję sobie sprawę z tego, że wiele osób nie odczuwało tak bardzo skutków pandemii, niektórzy prawie w ogóle, bo wciąż mieli swoją pracę, a styl ich życia się nie zmienił tak drastycznie. Ja z kolei miałam wrażenie, że gdzie nie spojrzę, to wszystko sypie mi się jak domek z kart. Pracy brak, możliwości – brak, siłownie zamknięte przez wiele miesięcy. Do tego jeszcze jako freelancer pracujący w większości samotnie przed laptopem, odczułam dotkliwie brak kontaktu z kimkolwiek. Bywały tygodnie, że nie widziałam nikogo.

Wtedy przyszła mi do głowy Kostaryka. Moje marzenie od dawna (nawet miałam w niej kiedyś rodzinę), kierunek mało popularny wśród Polaków, wyjątkowa, bo nieznana. Stwierdziłam, że to jest moja deska ratunkowa i czas przypomnieć sobie, na co pracowałam przez ostatnie dziesięć lat, harując siedem dni w tygodniu – na wolność i na mobilność. Kostaryka wydawała się być idealna – otwarta na turystów, z możliwością wjazdu bez testu i kwarantanny. Kupiłam bilet w jedną stronę.

I tu Was zaskoczę.

Nie poczułam nic. Z jednej strony tak bardzo chciałam odzyskać swoje życie, a z drugiej, miesiące marazmu i braku nadziei odarły mnie ze wszystkich emocji. Wtedy naprawdę się przestraszyłam, bo brak emocji i obojętność to według mnie najgorszy stan. Nie ma w tobie już radości, nie ma ekscytacji, ale nie ma też złości, sprzeciwu. Jest pustka. A pustka zabija. Pamiętam jak na słowa bliskich: „Musisz się strasznie cieszyć, że w końcu jedziesz”, miałam w głowie tylko: „Nie, nie cieszę się, nie smucę się, właściwie to nic nie czuję”.

Nie potrafiłam się spakować. Nie potrafiłam się ogarnąć na wielomiesięczny wyjazd. Coś co było moim chlebem powszednim, moim konikiem, zaczęło mnie przerastać. Dotarło do mnie, że sednem mojego istnienia jest działanie, aktywność. Nie przeszkadzają mi trudne warunki, ciężka praca, brak snu czy rezygnacja z wielu przyjemności, dopóki mogę działać i mieć poczucie sprawstwa. Jeśli ktoś mi je brutalnie odbiera, to tracę swoją największą super moc.

Taki oto wrak człowieka wyleciał na początku lutego do Kostaryki. Miałam tam być dwa tygodnie, a potem przemieszczać się dalej. Właśnie mijają dwa miesiące, odkąd przeniosłam swoje życie i pracę do Kostaryki. Nie zauważyłam, kiedy minęły, bo się zakochałam.

A zakochany człowiek nie zwraca na nic uwagi, a na pewno nie na upływający czas.

Zakochałam się na nowo w wolności, w przestrzeni, w przyrodzie i w uśmiechających się do siebie ludziach. Zakochałam się w normalności dnia codziennego, w piciu kawy w słońcu, szumie fal i odgłosach dżungli. Przed każdym posiłkiem zjedzonym w zwykłej knajpce przy zakurzonej drodze, dziękowałam w duchu za tą możliwość i przywilej. Każdy trening na siłowni traktowałam z pietyzmem, jak największą nagrodę od życia. Minęły dwa miesiące, a ja wciąż to robię. Jak bardzo trzeba przygnieść człowieka, żeby wzruszał się prostymi rzeczami, dostępnymi dawniej? Wdzięczność przyszła od razu, ale radość i poczucie, że znowu jestem szczęśliwa, zajęły mi długie tygodnie. Tak naprawdę dopiero teraz, po dwóch miesiącach zaczynam znowu czuć siebie, patrzeć w lustro i poznawać tę dziewczynę, która nigdy się nie poddaje, która zawsze walczy i która nie słucha „nie da się”. Długa jest to droga.

Pandemia nie nauczyła mnie niczego.

Docenianie życia? Korzystanie z każdej nadarzającej się szansy? Wdzięczność? Nieodkładanie życia na potem? Życie z pasją? Rozwój? Świadomość tego, czego się chce? Nie potrzebowałam żadnej pandemii, żeby to wszystko mieć przepracowane. Pracowałam na to ostatnie 15 lat, a na ostatni rok straciłam. Pandemia nie nauczyła mnie absolutnie niczego.

Za to Kostaryka bardzo wiele. Przez całe tygodnie objeżdżałam ją wzdłuż i wszerz i teraz mogę śmiało powiedzieć, że poznałam ją już naprawdę dobrze. Po dwóch miesiącach intensywnego eksplorowania Kostaryki mam na swoim koncie miejsca najbardziej turystyczne i cały szereg takich, których nie znajdzie się w Internecie. Nie mają świetnego marketingu i często nie wiedzą o nich nawet lokalni mieszkańcy. Będę sukcesywnie pokazywać je Wam na blogu i dzielić się wszystkim moimi odkryciami. Może rozważycie odwiedzenie Kostaryki w najbliższym czasie? A może wykorzystacie moje wpisy w przyszłości?

Tak się cieszę, że posłuchałam swojego instynktu, który mówił mi: jedź do miejsca, w którym nigdy nie byłaś i nikt teraz nie jedzie! Okazało się, że to była najlepsza decyzja, jaką mogłam podjąć.

Podróżuję od 15 lat i przez dłuższy czas mieszkałam, studiowałam i pracowałam w wielu krajach, między innymi: w Australii, Tajlandii, Japonii, Korei Południowej, Hiszpanii, Włoszech, Stanach Zjednoczonych. Lubię je wszystkie, ale nie potrafiłbym nazwać ich wszystkich moim domem. Tutaj jest inaczej. Czuję, że to może być miejsce dla mnie… Zobaczymy, jak potoczy się życie, ale mam silne przeczucie, że to dopiero początek czegoś naprawdę niesamowitego…

Jaka jest teraz Kostaryka?

Jest pusta, niewielu tu turystów, tam gdzie zwykle były tłumy ludzi, np. w parkach narodowych, teraz dziennie potrafi być w nich po 20 osób. Kostarykę zwiedza się teraz w ciszy, w spokoju, praktycznie samemu, ale nie samotnie. Ciągle otaczają mnie zwierzęta. Nie ma dnia, żebym nie spotkała tukana, kolibra, leniwca czy pancernika. Teraz trwa tu pora sucha, ale mimo tego zieleń jest soczysta, intensywna i pachnąca. Pewnie turystycznie nie będzie lepszego czasu na zobaczenie w spokoju tej niezwykłej przyrody. Czy mnie to cieszy? Nie. Wolę, żeby wszyscy znów mogli podróżować i cieszyć się naszym światem. Fajnie dzielić się inspiracją tylko wtedy, kiedy inni też są szczęśliwi i mogą z niej skorzystać.

Do tej pory miałam tu kilka baz w różnych częściach kraju. Zawsze są to miejsca blisko przyrody, z dala od zgiełku. Ale w na tyle bliskiej odległości od infrastruktury, by można było normalnie żyć i pracować. Bo pracuję cały czas. Okazało się, że w tej części świata turystyka wraca do normy, wszyscy patrzą optymistycznie na najbliższe miesiące, życie toczy się znów normalnie. Mam tu mnóstwo współprac podróżniczych, kolejne w regionie zaplanowane na najbliższy czas. Nabrałam znowu wiatru w żagle. Jak mi strasznie tego brakowało. Oprócz tego pracuję nad czymś zupełnie nowym, co wierzę, że będzie dla Was game changerem. O tym niedługo.

Wielu z Was pyta – gdzie najlepiej?

Żeby sobie pomieszkać, pożyć, trochę posmakować kostarykańskiej pura vida. Moim ulubionym miejscem, gdzie zresztą teraz jestem i jestem tu najdłużej, jest zachodnie wybrzeże, okolice Uvita i Dominical. Infrastruktura jest tu bardzo dobra – można znaleźć świetne domki z dobrym Internetem, w okolicy są duże supermarkety, kawiarnie i knajpki. Na każdym kroku stoją stragany ze wszystkim tropikalnymi owocami, jakie sobie wymarzycie. Nigdzie nie jadłam tak słodkich papai i ananasów, które smakują na pinacolada, a ich sok ścieka po brodzie, są tak soczyste. To też świetna baza wypadowa, żeby odwiedzić najdzikszą część Kostaryki – Corcovado, Park Manuel Antonio i kilka wspaniałych wodospadów.

To w tych okolicach widziałam najwięcej zwierząt – kolorowych papug, leniwców, tukanów, pancerników i małp. Więcej niż w jakimkolwiek parku narodowym. One tu po prostu są, współdzielą rzeczywistość i traktują człowieka jak współistniejący z nimi gatunek. Wspaniałe jest to uczucie, że jest się częścią przyrody i ta przyroda się nas nie boi, jest nas ciekawa.

Plaże są tu niesamowite – szerokie, tropikalne, gdzie dżungla dosłownie wdziera się w ocean. Jeśli ktoś Wam powie, że w Kostaryce nie ma ładnych plaż, to go nie słuchajcie. Bo czy może być coś piękniejszego, niż nieskażona niczym, nietknięta ludzkim widzimisię przyroda, gdzie bujna zieleń łączy się z niespokojnym oceanem? Tu jest moc, tu jest piękno i jest prawdziwość.

Codziennie przyjeżdżam tu pobiegać, posurfować lub po prostu posiedzieć. Mam już swojego „pana”, który mnie zna i zawsze odkłada mi zimniutkiego kokosa, którego wypijam pod palmą po treningu. Często nad moją głową zwisa chrapiący leniwiec. Nie dziwię się, że Kostarykańczycy są na szczycie listy najbardziej zadowolonych z życia narodów. Ja też od nich czerpię.

Jakiś czas temu opowiadałam Wam na IG stories historię o tym, jak prawie utopiłam swój samochód w rzece w gęstej dżungli najdzikszej części Kostaryki – Corcovado. Wtedy uratowali mnie obcy Kostarykańczycy, zresztą sami się zakopując na kilka godzin w mule i piachu. Było nerwowo i było niebezpiecznie, bo to miejsce odcięte od cywilizacji, a poziom rzeki podnosił się z każda godziną. Po wielu godzinach walki udało nam się wszystkim uratować (zresztą przy pomocy kolejnych osób, które przyjechały na pomoc). Przez cały ten czas dziesięciu otaczających mnie Kostarykańczyków sypało żartami, śmiało się, poklepywało mnie po plecach i zapewniało, że wszystko będzie dobrze i nic się nie stało (stało, stało bo prawie stracili samochód w tej rzece). Byłam oszołomiona ich podejściem. Wtedy powiedzieli mi, że to właśnie jest PURA VIDA – pozytywne podejście do życia, w każdej, nawet najbardziej dramatycznej sytuacji, wiara że będzie dobrze, że wyjdzie najlepiej jak być powinno i że zawsze trzeba być pozytywnie nastawionym do tego, co nas spotyka. Doświadczyłam swojego prawdziwego kostarykańskiego pura vida, które ostatnio straciłam. Jestem wdzięczna za te lekcje pokory i nauki, i za wiarę w ludzi. 

Gdybym miała podsumować swoją Kostarykę, to powiedziałabym Wam, że najcenniejsze, co od niej dostałam, to bezinteresowna dobroć i pomoc drugiego człowieka. Dostaję ją tu każdego dnia od spotkanych pod drodze ludzi, którzy zawsze dają od siebie odrobinę więcej, niż można by tego oczekiwać. A ta odrobina to właśnie jest tak wielka różnica, która czyni nas lepszymi ludźmi.

Ja też chcę Wam dawać z siebie zawsze tę „odrobinę” więcej. Dlatego dzielę się tą refleksją jako podróżnik i jako psycholog. Bo chcę Wam dać nadzieję i chcę Wam pokazać, że da się dźwignąć z najgorszego dołka. Wierzę w to i czuję, że idzie lepsze. Widzę to tutaj i wiedzę to od środka, pracując w branży ściśle związanej z podróżami.

Znowu mam w sobie wiarę, bo udało mi się wrócić na tor, bo zmieniłam kontekst i okazało się, że jednak gdzieś idzie ku dobremu. Że pomimo tego, co czasem nam się wydaje i jaką rzeczywistością straszy się nas w mediach, to w wielu miejscach na świece, ludzie znów żyją normalnie i życie wróciło do tego co było. I z tą myślą chciałabym Was dziś zostawić.

 

Jeśli uważacie, że ta refleksja może komuś dodać otuchy, podzielcie się nią proszę dalej.