Wiecie co jest naprawdę sexy?

You know what’s really, powerfully sexy? A sense of humor. A taste for adventure. A healthy glow. Hips to grab on to. Openness. Confidence. Humility. Appetite. Intuition. … Smart-ass comebacks. Presence. A quick wit. Dirty jokes told by an innocent-looking lady. … A storyteller. A genius. A doctor. A new mother. A woman who realizes how beautiful she is. – Courtney E. Martin

Za gruba, za chuda, za leniwa, karierowiczka, jeszcze nie ma dzieci, jedyne jej osiągnięcie to dzieci, uwodzicielka, dziwka, cnotka, umięśniona jak facet, chuda jak 12-letni chłopiec, chce tylko złapać faceta, kura domowa. Non stop ktoś nas jakoś określa.

Mężczyźni z kolei są zniewieściali (czyli znów jak kobieta – znaczy najgorzej) albo są kupą mięsa i karkami, tylko jedno im w głowie, są samolubni, za mało zarabiają, mają kryzys wieku średniego, dwie lewe ręce do pomocy w domu, nie mogą płakać i nie może ich boleć, bo to znaczy, że są słabi, nie wypada im mówić głośno „kocham”.

Określenia drugiego człowieka jakby był nikim, nic nie czuł, nie był wart uwagi i aprobaty.

A potem zastanawiamy się, dlaczego ludzie wchodzą w dorosłe życie z poczuciem, że są niewidzialni, że nic im się nie uda, że nie zasługują, że nie są utalentowani i że nie jest im pisany sukces.

Arnold Schwarzenegger (tak, tak – „mięśniak”, „pusta głowa”, „durny Amerykanin”) powiedział kiedyś:

It is not that crowded at the top

Jak myślicie, dlaczego? Nie dlatego, że na szczycie nie ma tam miejsca, ale dlatego, że większość osób nawet nie odważy się o nim zamarzyć, bo wierzą w to, że są predestynowani do przeciętności.

Mam wrażenie, że nikt nie jest od tego wolny, tylko niektórzy radzą sobie lepiej, a inni gorzej. Ciągle słucham historii wspaniałych, mądrych i wartościowych osób, które nie mogą znaleźć dla siebie miejsca, gubią się w tym, co powinno być a czego nie wypada, a co byłoby dobrze. Tyle lat niezadowolenia z siebie, ganienia się za to, że jeszcze nie jest perfekcyjnie. Poczucia, że zawsze jest ktoś lepszy na ich miejsce, bardziej odpowiedni, bardziej kompetentny, ładniejszy. I potem się okazuje się, że to i tak nie ma znaczenia, bo wcale nie ma tych lepszych, szybszych i mądrzejszych.

Jeśli posłuchać wypowiedzi kobiet sukcesu, bizneswoman, pięknych i utalentowanych aktorek, to wszystkie w przypływie szczerości dzielą się jednym przemyśleniem na temat siebie w młodości.

Co bym powiedziała sobie samej w wieku 20-30 lat?

Bądź dla siebie dobra, łaskawa, nie karz się za wszystko i nie przejmuj się opiniami innych, bo oni nie przejmują się tobą. Jest też żal – za straconym czasem i utraconymi szansami, bo bały się zaryzykować, zaprotestować, albo rzucić na głęboką wodę.

Presja wobec kobiet nie zna granic i dotyczy wszystkiego. Nakładają ją na nas na równi mężczyźni i inne kobiety. Dlaczego jeśli ubiorę się seksowanie i kobieco, to zostanie to uznane za prowokację, epatowanie kobiecością, odważni powiedzą, że brakiem klasy? Mądrzejsi ukłują mocniej, mówiąc, że jestem pusta, pokazuję ciuchy, nic sobą nie reprezentuję.

Obraz kobiety, która dba o siebie, spełnia się, ma własne pieniądze i „olej w głowie”, to już zbyt wiele do zniesienia. Nie możemy być jednocześnie piękne, kobiece, stanowcze, empatyczne i twarde. Musimy wybierać.

A ja już nie chcę wybierać i odpierać zarzutów, bronić się, udowadniać. Jestem zmęczona udowadnianiem, że jestem coś warta. W sukience czy w dresie, z dyplomem czy bez, z pieniędzmi czy bez nich.

Duma. To jest słowo klucz do poczucia własnej wartości.

Duma z pewności siebie, z twardego charakteru, z siły przebicia, z wytrzymałości bólu, z płakania ze wzruszenia, z nostalgii, z marzycielstwa, z bycia kobiecą i seksowną, z bycia mądrą i wykształconą, z wypracowanych mięśni i siły. Z każdej z tych cech osobno i z całości, którą tworzą.

Prawie 30 lat. Tyle mi to zajęło. Wystarczająco długo.

Teraz wstydzę się tylko wtedy, gdy pomyślę o sobie w okropny sposób, gdy się karzę za coś, co mi się nie udało, gdy na siebie narzekam. Jest mi wstyd, że wciąż mnie dopada ten samokrytycyzm, że jak z uzależnieniem, muszę z nim walczyć każdego dnia. Że nigdy nie odpuszcza. Ale uczę się mu przeciwdziałać, być od niego silniejsza, szybsza.

Przestałam się też ganić za wszystko. Za to, że wciąż piszę doktorat, choć może powinnam go skończyć dużo wcześniej. Za to że nie wyszło mi kilka pomysłów biznesowych, a może powinny. Za swoje umięśnione ciało, za upartość albo za upierdliwy perfekcjonizm.

Japoński projektant mody – Yohji Yamamoto kiedyś powiedział:

Fashion cannot make you sexy. Experience makes you sexy. Imagination makes people sexy. You have to train yourself, you have to study, and you have to live your life.

Mam teraz na sobie sukienkę, mocniejszy makijaż, wysokie obcasy. To jestem ja, taką siebie uwielbiam. Dziś rano zobaczylibyście mnie w sportowych legginsach podnoszącą sztangę na siłowni, a wieczorem w dresie ślęczącą nad komputerem i zastanawiającą się, jak najlepiej przedstawić wyniki statystyczne badań nad humanizacją w moim doktoracie. I to, i to – to wciąż ja.

Dlaczego miałabym wybierać?

Czy nie mogę być wszystkimi tymi wcieleniami jednocześnie?  Czy nie to właśnie jest sexy?

Często toczą się dyskusje na temat tego, że jako kobiety nie mamy równych szans, że rzadziej robimy kariery, zajmujemy wysokie stanowiska, zarządzamy. Nie ma żadnych przesłanek biologicznych, które potwierdzałyby to, że wolniej się uczymy, gorzej zarządzamy, nie panujemy nad emocjami gdy trzeba. To są jakieś bajki sprzed lat, które krążą jak duchy.

Jeśli nie problem w biologii, to gdzie?

Myślę, że to co nas blokuje, to wyszkolony od dziecka umysł, który gdzieś tam w środku podpowiada, że bycie wysoko to nie jest miejsca dla nas, że przeznaczone są nam inne role i inne misje do spełnienia. A jeśli same w to wierzymy, to cały świat wokół nas też w to uwierzy i będzie to jeszcze wzmacniał i rzucał kłody pod nogi.

Znam dziesiątki bliskich mi kobiet, które w druzgocący sposób mówią i myślą o sobie źle. Są przerażająco okrutne dla siebie. Mówią, że są za grube, za głupie, że do niczego się nie nadają. Kobiety w każdym wieku, z różnych kultur, z różnym zapleczem. Poznaję je na całym świecie. Nie różnią się niczym od siebie. Na wszystkich spoczywa niewyobrażalna presja sprostania wyśrubowanym oczekiwaniom środowiska.

Kiedyś myślałam, że to może wyjątki, a potem im więcej miejsc odwiedzałam, im więcej kobiet poznawałam, tym  szybciej wyłaniał się schemat samokrytycyzmu, niezadowolenia z siebie, które nosimy w sobie i które pożera od środka, niszcząc talenty, możliwości i rozwój.

To podróże nauczyły mnie, że nawet na końcu świata nie znajdzie się miejsce, gdzie ktoś cię doceni, da ci szansę, uwierzy w ciebie. Albo to wszystko sami w sobie wypracujemy i zapakujemy do swojej walizki, albo będziemy tak samo przestraszeni nad oceanem, w górach czy na egzotycznej wyspie. Podróże i uciekanie nie uratują nas przed nami samymi. Przed tym jak o sobie myślimy, w jaki sposób się definiujemy. Nie ratuje nas też żadna kultura ani kraj, w którym się rodzimy.

To nie jest feministyczny tekst, bo nie czuję się feministką.

Piszę z perspektywy kobiety, bo tylko taką perspektywę znam. Ale jestem po prostu za drugim człowiekiem. Za szacunkiem, za wolnością i za pozwoleniem każdemu na szukanie własnego sposobu na swoje szczęście. Niezależnie od płci, wieku, kraju pochodzenia. Tak by mógł się rozwijać, żeby nikt nie podcinał mu skrzydeł, żeby mógł czuć się sexy.

Bo wiecie co jest naprawdę sexy?

Duma z siebie samego.

A dla Was ?

 

Close Menu