O byciu lepszym i gorszym podróżnikiem – podróżniczy faszyzm

Przeczytałam ostatnio artykuł o tym, co to znaczy być PRAWDZIWYM podróżnikiem. Autor, najwyraźniej pewny swojej teorii snuł zawiłe rozważania na temat tego, jakie cechy ma świecący przykładem eksplorator świata i odkrywca, a jakie cała reszta szaraków i „udawanych” podróżników, czyli turystów, backpakerów czy tych, co lubią podróżować w komforcie. Słowem, zarysował się obraz: podróżnik kontra cały świat podróżujących oszukańców.

Gdybyście tego nie wiedzieli i ośmielili nazwać się podróżnikiem, to najpierw zastanówcie się pięć razy. Wedle przedstawianej teorii, książkowy podróżnik to człowiek w całości podróżom poświęcony, niemający innych celów w życiu i niemarzący o rzeczach przyziemnych. Jeśli zatem nie jesteście w ciągłej podróży od 10 lat, a na liście Waszych celów jest np. zakup mieszkania, to już wypadacie z tej ekskluzywnej grupy. Dodatkowo zapomnijcie o wszystkich popularnych miejscach naszego globu: chcesz zobaczyć Bazylikę Św. Piotra w Rzymie albo Machu Picchu – nie jesteś podróżnikiem, bo to za bardzo „oklepane”. Zabytki dyskwalifikują. Jeśli natomiast będziesz siedział bezczynnie w jakiejś wiosce przez 2 tygodnie i rozmawiał z miejscowymi o pierdołach jak u cioci na imieninach, czyli: ile kto ma dzieci, od kiedy mieszka w tym domu i czy jutro pogoda będzie taka jak wczoraj – wtedy naprawdę wiesz, co to jest zagłębianie się w miejscową kulturę.

Przy okazji wysuwa się tu na prowadzenie przedziwna opinia dotycząca tego, że nie poznasz kraju i kultury, jeśli nie będziesz żył na dolara dziennie jak najubożsi miejscowi, przesiadując z nimi godzinami na ławce przed chatą i jedząc miskę ryżu. Skąd się biorą takie stereotypy? Czy turyście przyjeżdzającemu do Polski też poradziłbyś pojechać do najbiedniejszego regionu i poznać, co to znaczy „prawdziwa Polska?” (bo przecież Polska to nie kraj złożony z ludzi o różnym statusie, wykształceniu, zasobach).

Czy prawdziwy zawsze oznacza skromny i niewykształcony? Czemu nikt nie poleca zapoznać się z miejscowymi wykształconymi ludźmi, z którymi rzeczywiście można podyskutować o kulturze, historii czy uwarunkowaniach społecznych ich kraju? Ano dlatego, że jak przyznasz się, że spałeś w łóżku, a nie na macie i zjadłeś w wypasionej lokalnej knajpie, to już jesteś turystą – bogaczem, co to obnosi się ze swoim statusem. Paranoja.

Niestety trend jest silny zwłaszcza u nas w kraju. Amerykanin czy Chińczyk nigdy nie powiedzą Ci, że hotel to burżujstwo.

Wracając do artykułu o definiowaniu „prawdziwego podróżnika”, chyba najsmutniejsza była konkluzja. Otóż autor, który sam od wielu lat podróżował po świecie, z przygnębieniem stwierdził, że jeszcze wciąż zdarza mu się być „zwykłym, żenującym turystą”, który pokusza się o zobaczenie popularnych atrakcji. Pisał to z wyraźnym wyrzutem do samego siebie, wyrażając wątpliwość, czy kiedykolwiek w życiu uda mu się zostać pełnokrwistym podróżnikiem (cokolwiek to znaczy). Raczej w to nie wierzył.

Niesamowicie przykre było, jak z chęci odkrywania przeszedł do samobiczowania i bycia „niewystarczającym”. Czy naprawdę chcemy myśleć o sobie w tak krzywdzący, oceniający i dołujący sposób?

Przestańmy zatem wszystkim narzucać, jak mają żyć, jak mają odczuwać, rozumieć, wyglądać. Kto niby ma prawo do ustalania zasad podróżowania?

Jeśli Waszą pasją są podróże i pochłaniają one mnóstwo Waszego czasu, myśli i planów, to zapewne nie macie czasu na dyskutowanie i wykłócanie się o to, co i jak powinno się nazywać.

Mam czasem wrażenie, że ludziom bardziej chodzi o górnolotne słowa, nadawanie sobie „ważnych” przydomków i podrasowanie ego „co to nie oni”, a nie o to, co jest sednem podróżowania – otwartość, tolerancja, nieocenianie oraz dzielenie się i docenianie naszego pięknego, różnorodnego (dlatego też fascynującego) świata. Świata dla nas wszystkich. A nie dla wybranych.

Z całym tym podróżniczym wywyższaniem się wiąże się też dawanie niechcianych rad na prawo i lewo. Ostatnio na jakimś podróżniczym forum obserwowałam rozległą dyskusję dotyczącą czyjegoś ubrania. A mianowicie, jeden z uczestników forum podzielił się swoim zdjęciem z górskiego trekkingu, ciesząc się, że mu się udało i dzieląc się swoim doświadczeniem – dla niego wspaniałym i uszczęśliwiającym. Otóż wszedł na szczyt, tak jak marzył, i bezpiecznie z niego wrócił. Jego marzenie się spełniło. O tym było jego zdjęcie – uśmiechnięty człowiek na szczycie swego marzenia. Czy dostał gratulacje? A skąd! Jak myślicie, co na tym zdjęciu zobaczyli inni? Buty. „Nieprofesjonalne buty” do trekkingu. Nasz bohater miał zwykłe adidasy i to rozpętało piekło. Komentarze w stylu „Nie miałeś lepszych butów?”, „Jak można iść w góry w takich butach?”, „Skąd Ty się urwałeś w takich adidasach”, „Serio założyłeś adidasy?” (a co nie widać na zdjęciu?), „Następnym razem spraw sobie porządne buty” i moje ulubione w stylu „ W góry to POWINNO się zakładać to i to… JA to mam takie i takie buty”. No właśnie. JA. To jedno słowo zmienia wydźwięk całej wypowiedzi i jest bardzo ważną częścią przekazu. Struktura Ja i mojego jestestwa, która po pierwsze jest tu najważniejsza i najmądrzejsza. Skoro JA mam takie buty i w takich chodzę po górach, to każdy powinien takie mieć. Jak nie ma, znaczy się, że jest głupi, słaby, no i na pewno nie jest takim podróżnikiem, jak JA.

Wiecie, co jest w tym najgorsze? Że nikt nie zauważył faktu, że ten Bogu ducha winny człowiek wszedł sobie na tą swoją górę i wrócił, nawet bez tych super profesjonalnych butów. Czy on prosił o rady „Hej, wybieram się w góry, jakie buty polecacie?”. Nie. I to byłaby zupełnie inna sytuacja. A tak w bezsensownej walce ego o to, kto tu wie więcej i jest ważniejszy, i mądrzejszy, zagubiło się to co powinno być najważniejsze – wspieranie, kibicowanie i umiejętność inspirowania się sukcesem innych.

Doświadczyłam takich komentarzy i uwag na własnej skórze. Mam już za sobą etap tułania się z plecakiem i spania na couchsurfingu. Jak byłam na studiach, to tak podróżowałam i wiem co to znaczy i jak to jest. Odkąd mam wybór, to podróżuję z walizką i nie sypiam na podłodze u kogoś. Zaraz podniesie się lament, że jestem burżujem i nie wiem co to prawdziwe podróżowanie, bo nie niosę bagażu na swoich plecach. A teraz weźmy głęboki oddech i zastanówmy się, czy naprawdę to w czym wozisz skarpety, wpływa na Twój odbiór świata? Czy plecak lub walizka (zależy po której stronie jesteś) sprawia, że jesteś mniej lub bardziej wrażliwy na piękno przyrody, zainteresowany nową kulturą, wsłuchany w historie napotkanych ludzi? To tylko sposób przenoszenia rzeczy! Całe te teorie, że ktoś z plecakiem, to ten co podróżuje głębiej i bardziej, a ten z walizką to z kolei bardziej rasowy. No komedia.

A gdyby tak olać te wszystkie nomenklatury i kategoryzowanie innych na lepszych, gorszych, bardziej lub mniej zaawansowanych i po prostu skupić się na odkrywaniu świata wedle własnego uznania, stylu i potrzeby? Czy pod koniec dnia naprawdę ma dla Ciebie znaczenie, czy ktoś jest super pro podróżnikiem eksploratorem, a ktoś inny weekendowym turystą? Bo jeśli ma, to znaczy, że coś pogubiło się w świecie Twoich wartości i tak naprawdę nie chodzi już o podróżowanie i cieszenie się nim, ale o podróżowanie, które ma sprawić, że poczujesz się lepszy od innych. A to jest już zupełnie inna historia.

Po wielu latach i wielu odwiedzonych krajach jednego jestem pewna. Jeśli podróże są pasją życia, to cieszą i fascynują nie tylko te własne, ale też innych ludzi. Bo są inspiracją, motywacją oraz – co na mnie działa szczególnie silnie – świadczą o rozwoju nas jako ludzi. Wspaniałe jest to, że coraz więcej osób chce wyściubić nos poza swój dom, stara się to robić jak umie i na ile ma możliwość. Jakkolwiek by tego nie robili, ważne jest to, że są otwarci i chcą się dowiedzieć czegoś nowego.

Nie podcinajmy sobie zatem wzajemnie skrzydeł i nie psujmy radości z odkrywania.

Szerokiej drogi Podróżnicy, Turyści, Backpakerzy, Luksusowi eksploratorzy i jakkolwiek nas jeszcze się nazywa – po prostu pięknych podróży wolnych od oceniania Odkrywcy! :)