Ogród botaniczny i ogród orchidei
Każdy przewodnik będzie polecał ogród botaniczny ze sławnym ogrodem orchidei jako jedno z najładniejszych miejsc w Kuala Lumpur. Będąc szczerym, ten park nie jest niczym wyjątkowym. Ma wiele pagórków, więc warto przygotować się na dodatkową wspinaczkę jeśli chce się wszystko obejrzeć. Nie ma tablic informacyjnych, więc trudno trafić do poszczególnych części ogrodu, bo wszystko wygląda tak samo. Ogród orchidei jest absurdalnie mały i są to po prostu doniczki z kwiatami. Podobnie z ogrodem hibiskusów. Byłam tam w grudniu, co jak się okazało nie jest sezonem tej rośliny, bo nie było ani jednego kwiatka.

Najśmieszniejsze były miny ludzi, których spotykałam po drodze. Wszyscy wyglądali na rozczarowanych i na moje pytania, czy warto iść dalej, zaczynali ostrożnie „Cóż…”. Jak sobie wyobrażacie, nie było
Myszo – jeleń
To było prawdopodobnie najgorsze doświadczenie w Kula Lumpur. Zanim wybrałam się zobaczyć słynne zwierzę, naczytałam się mnóstwo fantastycznych historii o miejscu, w którym można go zobaczyć. Myszo-jeleń (ang. Mouse-dear) jak nazwa wskazuje jest małym ssakiem o wyglądzie zbliżonym do myszy i jelenia. Połączenie absurdalne, aczkolwiek fascynujące. Park z Myszo-jeleniami znajduje się jakże by inaczej w ogrodzie botanicznym (zatem kolejna atrakcja w jednym miejscu – wygodnie!- pomyślałam). Zanim je znalazła,, minęło chyba z 30 minut (brak oznaczeń). Zwierzątka miały biegać radośnie po trawie, tymczasem zastałam parę oszklonych klatek, tak ciemnych, że nie widać było czy coś jest w środku. Zatem domyślam się, że gdzieś tam w jej czeluściach siedział mały i przerażony Myszo-jeleń. Nie wiem, bo nie widziałam. Biedny Myszo-jeleń.

Taksówkarze
Powiedziano mi, że jeżdżenie taksówkami w Kula Lumpur jest dobrym pomysłem. Zwłaszcza wtedy, kiedy nie ma się dużo czasu i nie chce się go tracić na czekanie na transport publiczny. Miało to być również tanie. Jakie było moje zdziwienie, gdy złapani taksówkarze nie chcieli włączać taksometru, ponieważ są korki. Co to ma do rzeczy?! Z korkiem czy bez, kilometry są te same. Miałam w związku z tym kilka sprzeczek na środku ulicy. Zawsze kończyło się tak samo – jak z taksometrem to oni nie maja ochoty jechać. Taksówkarz, który „nie ma ochoty na jazdę”. Irytujące.

Chinatown
Jestem fanką chińskich dzielnic. Zawsze są takie kolorowe i tętniące życiem, tyle się tam dzieje i jedzenie jest świetne. Niestety China Town w Kula Lumpur było bardzo rozczarowujące. Po pierwsze jest bardzo małe, a przejścia pomiędzy straganami tak wąskie, że nie można było zatrzymać się nawet na chwilę, bo tworzył się potężny korek (to niby jak mam coś obejrzeć?!). Z jedzeniem też nie miałam szczęścia. Pierwszy raz w chińskiej knajpie zdarzyło mi się, że było po prostu niesmaczne i niedogotowane. Krótko mówiąc, nie było fajnie.
Jedzenie
Trudno dyskutować z kulinarnym gustem, więc tego nie zrobię. Podzielę się tylko moją osobistą opinią. Czytałam mnóstwo artykułów o tym jak niesamowita jest kuchnia malajska, jak różnorodna i zaskakująca w smaku. Zupełnie nie mogę się z tym zgodzić. Jestem naprawdę otwarta na nowe smaki i mogę zjeść wiele różnych rzeczy, ale w Malezji w większości przypadków nie wiedziałam co jem. Zamawiałam kurczaka lub wieprzowinę i dostawałam…cóż…na pewno jakąś ich część, ale nie taką jaką by się oczekiwało. Jako osoba, która stara się jeść zdrowo, musiałam nieźle się zagłowić, żeby znaleźć coś dla siebie. Wierzcie mi, że jedzenie słynnych deserów takich jak „kokosowa zupa z żelkami” nie jest najlepszą opcją.
