Mój wyjazd na Malediwy wzbudził Wasze duże zainteresowanie. Sądząc po reakcjach, nie tyle samo miejsce (chociaż trochę też – hello! to Malediwy – wszystkim, ze mną na czele, spadają kapcie z nóg na myśl o tych widokach), ale raczej to, co właściwie na nich robiłam. Wbrew pozorom wcale nie wylegiwałam się na białym piasku.

Na Malediwy zostałam zaproszona przez luksusowy resort Fushifaru, żeby poprowadzić dla gości resortu treningi fitness i pokazać im, że można trenować i być aktywnym wszędzie, nawet na końcu świata, w raju, bez sprzętu, profesjonalnej siłowni i miliona wymówek.

W takich chwilach jak ta, bardzo się cieszę, że mam miejsce, w którym mogę podzielić się z Wami moim historiami, motywacjami i inspiracjami. Bo w inspiracji nie chodzi o to, żeby robić to samo co dana osoba i kopiować jej zachowania, ale żeby dawała bodźce do zmian, rozwoju i osiągania własnych celów. Dla mnie inspirację stanowi głównie odwaga, żeby żyć tak, jak się chce i wedle własnych zasad. Stąd chcę Wam opowiedzieć moją historię, która doprowadziła mnie do pracy marzeń na Malediwach.

A zatem, jak dostaje się taką pracę marzeń?

Żeby odpowiedzieć na to pytanie muszę cofnąć się w czasie o jakieś 25 lat :) Miałam 5 lat, kiedy mama na moje usilne prośby zapisała mnie za zajęcia tańca. Szybko okazało się, że nie była to chwilowa fanaberia dziecka, tylko miłość od pierwszego wejrzenia (a raczej od pierwszego kroku), bo w zespole zostałam na 12 lat.  Był to zespół polskich tańców ludowych “Varsovia”, zwany też mini Mazowszem. Wbrew pozorom polskie tańce ludowe są niezwykle trudne i oparte na technice baletowej, zatem nauczenie się kroków i ich poprawnego wykonania wymaga dużo czasu. Z mojego doświadczenia tanecznego mogę śmiało powiedzieć, że są to jedne z najtrudniejszych tańców, z jakimi miałam styczność.

Bycie częścią tak dużej i profesjonalnej grupy tanecznej wymagało poświęceń. Treningi mieliśmy 2–3 razy w tygodniu (przed występami częściej), a  w weekendy często koncertowaliśmy na największych scenach w Polsce i równie wiele razy wyjeżdżaliśmy na kilkutygodniowe tournée po świecie. Od dziecka zatem musiałam nauczyć się dyscypliny, konsekwencji działania i tego, że jeśli chcesz być w czymś dobry lub być częścią czegoś ważnego na 100%, to musisz nauczyć się poświęcać inne rzeczy bez mrugnięcia okiem. Jako dziecko godziłam szkołę z tańczeniem i wielokrotnie nie brałam udziału np. w urodzinach kolegów, bo wtedy miałam koncerty. Dla dziecka w podstawówce to były duże poświęcenia i już wtedy pokazywały mi, że sukces wymaga konsekwentnego działania, nawet gdy się nie chciało, czy było przykro. Nikt mnie nie zmuszał do tego, żebym była w zespole, ani żebym musiała wybierać. Te życiowe lekcje przychodziły naturalnie i sama od najmłodszych lat uczyłam się dokonywania wyborów.

Gdy miałam 15 lat zobaczyłam film Dirty dancing: Havana Nights i kompletnie przepadłam! Zakochałam się w latynoskich rytmach i salsie i postanowiłam zmienić polskie tańce ludowe właśnie na latino. To był okres dużego bumu na salsę w Polsce i płynąc na tej fali, kompletnie wsiąkłam w ten klimat. Przez kolejne 7 lat należałam do kilku grup tanecznych, które występowały już na profesjonalnym poziomie. Tańczyłam salsę, potem doszła do tego samba brazylijska i inne wariacje. Jeśli wcześniej myślałam, że muszę dużo się spinać, żeby godzić taniec z nauką, to ogromnie się myliłam. Tak naprawdę od momentu rozpoczęcia tańczenia profesjonalnie, zaczęły się większe schody.

Nie byłam już dzieckiem, któremu nieobecność mogła usprawiedliwić mama i na które nie spadały duże konsekwencje. Przez całe liceum i  część studiów musiałam godzić intensywne treningi, które trwały po kilkanaście godzin tygodniowo, wieczorne i weekendowe występy, wyjazdy z nauką najpierw w szkole, a później na studiach dziennych. Dochodziło jeszcze do tego dorabianie jako kelnerka na nocnych zmianach lub stażystka w redakcjach. Nie miałam wolnego czasu, skakałam między pracą, studiami i salą treningową. Nie chodziłam na imprezy, nie spędzałam godzin przed telewizorem czy komputerem, grając w gry. I nie żałowałam tego ani przez jedną chwilę. Kochałam taniec całym sercem i uwielbiałam moje intensywne życie, nawet obciążające do granic. Ten okres nauczył mnie kontroli nad własnym ciałem, przekraczania swoich granic, poczucia własnej wartości i przeświadczenia, że jeśli czegoś bardzo się chce, to zawsze znajdzie się sposób na realizację.

Bardzo dużo pracowałam, ale też nieźle zarabiałam, co pozwoliło mi odkładać na moją drugą największą pasję, czyli podróże. To a propos tego skąd biorę te wszystkie pieniądze na podróżowanie?

Gdy miałam 22 lata stanęłam przed wyborem – wyjechać na stypendia na studia za granicę do Korei Południowej, a potem do Włoch lub zostać w Polsce i móc dalej realizować moją pasję do tańca. Szczerze mówiąc, nie zastanawiałam się ani przez chwilę i postawiłam wszystko na edukację, rozwój i karierę naukową. To była jedna najlepszych decyzji, jakie podjęłam w życiu, bo otworzyła mi możliwości samorozwoju, kształcenia i podróżowania po całym świecie, czyli tam, gdzie zawsze było moje miejsce.

Pomimo tego, że przestałam tańczyć na scenie, nigdy nie zrezygnowałam ze sportu. Znalazłam tylko inny sposób na jego kontynuację.  Zaczęłam biegać i intensywnie trenować na siłowni. To stało się moją pasją i częścią mojej codzienności. Bycie w ciągłej drodze, studiowanie czy praca za granicą nie zamieniły tego, że od lat jestem aktywna sportowo w każdym miejscu na ziemi i nic nie jest w stanie wybić mnie z rytmu. Dla mnie podróże nie są przeszkodą w trenowaniu i trzymaniu formy, tylko raczej wartością dodaną, bo pozwalają mi na kreatywność i trenowanie w coraz to nowych miejscach. Z połączenia pasji do podróży i sportu powstał właśnie mój blog Travel and Keep Fit i doprowadził mnie do miejsca, w którym teraz jestem i mojej pracy marzeń – podróżowania, trenowania i inspirowania do tego ludzi na całym świecie.

Dlaczego sięgam aż tak daleko w przeszłość?

Bo chcę Wam pokazać, że w życiu na naprawdę niesamowite doświadczenia i sukces często pracuje się latami. Nic nie przychodzi z dnia na dzień, tylko dlatego że bardzo się tego chce. To co widzi świat na zewnątrz, czyli np. wyjazd marzeń na Malediwy, to efekt ciężkiej pracy i budowania swojej wartości przez ponad dwie dekady.

Bardzo często spotykam się z komentarzami odnośnie bycia blogerem podróżniczym i projektów z tym związanych, że jest mi chyba za dobrze, za fajnie, że mam farta, lekką robotę, i ogólnie że mi się poszczęściło na tych wiecznych wakacjach. Problem polega na tym, że mało kto zastanawia się nad tym, jak to wszystko wygląda od kuchni i że takie projekty są efektem kilkunastu lat ciężkiej pracy, treningów, rezygnacji i kompromisów. To jedna z tych rzeczy która zaczyna się spłacać po czasie.

Tworzenie Travel and Keep Fit to praca siedem dni w tygodniu po kilkanaście godzin dziennie. Pracuję w weekendy, w ciągu dnia, w nocy, w dni w które inni mają wolne. I to jest ok, bo uwielbiam to co robię i nie chcę od tego odpoczywać. Ile to razy, kiedy moi znajomi leżą do góry brzuchem, ja spędzam długie godziny na sali treningowej czy na siłowni, pracując nad swoją kondycją. W czasie pobytu w Miami zimą, trenowałam codziennie, czy mi się chciało, czy nie, bo miałam cel i wymagał on przygotowania.

Nie dostałam zatem pracy w raju na ziemi z dnia na dzień i jako przypadkowa osoba. Na Malediwy zostałam zaproszona, bo ktoś docenił mój wysiłek, styl życia, którym staram się zarażać innych oraz to, ile czasu wkładam w tworzenie od 3 lat Travel and Keep Fit. To dla mnie bardzo ważny projekt, bo pokazuje, że jeśli jesteś konsekwentny i zdeterminowany i masz w sobie odwagę, żeby sięgać po rzeczy zdawałoby się nieosiągalne i masz w tym wszystkim trochę przebojowości, żeby puszczać mimo uszu słowa malkontentów, to w końcu dojdziesz do tego, co sobie założyłeś.

Bardzo wierzę w to, że w życiu można osiągnąć to, co sobie postanowimy, jednak czasami wymaga to czasu, niezwykłego uporu i powtarzalności pewnych działań. Brzmi jak frazes? Różnica polega na tym, że ja nigdy Wam nie powiem, że trzeba żyć marzeniami i za nimi podążać. Powiem Wam za to, że nie ma granic, dopóki nie ustaje się w dążeniach. Ja swoje sukcesy właśnie tak wypracowuję, kroczek po kroczku, z mnóstwem odmów po drodze, ale z nieustającą wiarą, że w końcu mi się uda.

Cały mój pobyt na Malediwach był pracą

Owszem w pięknym i rajskim miejscu – ale pracą, chociaż taką, którą uwielbiam. Codziennie wstawałam o 5 rano, żeby łapać odpowiednie światło do zdjęć lub żeby o 6 prowadzić poranny trening z gośćmi resortu. Widzicie, pomiędzy byciem trenerem czy instruktorem tańca, a własnym trenowaniem jest taka różnica, że w tym pierwszym nie może Ci się nie chcieć, nie możesz stracić motywacji, ćwiczysz z zakwasami, bo nie ma kto cię zastąpić. A ludzie potrzebują ciągłego wsparcia, motywowania, przykładu do naśladowania i naprawdę dużego poziomu energii. Trenujesz wiec z nimi, a oprócz tego cały czas do nich mówisz, pomagasz, tłumaczysz. To zatem podwójne obciążenie. Dodatkowo w przypadku Malediwów było to trenowanie w 33 stopniach Celsjusza, które, wierzcie mi, do najłatwiejszych nie należy.

Jak wygląda moja praca w podróży?

Dla mnie, tancerki i sportowca najważniejsza w treningach jest muzyka. Mogę trenować na bosaka i w czymkolwiek, ale bez muzyki się męczę i trenowanie nie sprawia mi przyjemności. Od dziecka muzyka jest bardzo ważną częścią mojego świata i towarzyszy mi w każdym momencie – w wesołych i smutnych chwilach, wyjątkowych i całkiem przeciętnych. Ci co mnie znają, wiedzą, że nie rozstaję się ze słuchawkami i mam je na uszach od rana do wieczora i jest to jeden z tych gadżetów, bez których nie wyobrażam sobie swojej pracy i który zawsze mam ze sobą. Gdy układam treningi czy choreografię, muszę słyszeć każdy bit, każdą zmianę tempa, dźwięk musi być idealny i nic nie może mnie rozpraszać. W czasie aktywności fizycznej, trenowania, tańca czy biegania używam lekkich dousznych słuchawek, które nie przeszkadzają mi w ruchu – nie ma opcji trenowania w ciężkich i zabudowanych nausznych słuchawkach.

Od lat testuję naprawdę różne modele, bo niestety moje uszy są niewielkie i wiele słuchawek, nawet tych z zewnętrznymi pałąkami ciągle z nich wypada i nie mogę w nich trenować. Jestem więc w grupie tych trudnych, wybrednych klientów :) W czasie pobytu na Malediwach trenowałam w słuchawkach SONY WF-SP700N, których używam od jakiegoś czasu i o dziwo nawet nie drgną przy akrobacjach do góry nogami w jodze lub godzinnym podskakiwaniu przy układaniu kolejnego treningu na plaży.

Plus, mają małe pudełeczko, które jednocześnie jest ładowarką, wiec w każdej chwili mogę je podładować, będąc w terenie. Dla wszystkich ze skomplikowanymi uszami tak jak ja – polecam, bo żadne inne nie dały rady do tej pory i często musiałam się pocić w nausznych słuchawkach. SONY WF-SP700N przetestowałam przy bieganiu, na siłowni i w czasie ćwiczeń jogi, i podołały wszystkim moim sportowym pomysłom.

Gdy kończyłam poranne treningi, brałam się za tworzenie materiałów do wpisów o Malediwach (bo przede wszystkim jestem blogerem podróżniczym i moją pracą jest pokazywanie i opisywanie doświadczeń związanych z odwiedzaniem różnych zakątków świata), nagrywałam filmy, pisałam artykuły i przygotowywałam kolejne treningi. W międzyczasie odpisywałam na maile i koordynowałam kolejne projekty, bo wbrew pozorom, to że wyjeżdżam i jestem gdzieś na końcu świata, nie sprawia, że nagle cały świat się zatrzymuje pode mnie. Życie i praca innych ludzi toczy się normalnym tempem i to ja muszę się do nich dostosowywać, czasami wstając o świcie, czasami pracując w nocy, tak aby zgrać się z odpowiednią strefą czasową. Nie mam też sztabu ludzi, asystentki i kogoś to planuje za mnie podróże, więc Travel and Keep Fit tworzę od A do Z sama.

W moich projektach jakość dźwięku ma znaczenie, a przede wszystkim to, aby słuchawki wygłuszały otoczenie i pozwalały mi pracować w różnych warunkach. Moja praca, blogera podróżniczego jest bardzo dynamiczna, ciągle jestem w drodze, na walizkach, praktycznie nigdy nie mam odpowiedniego miejsca, żeby pracować, więc z biegiem lat nauczyłam się robić to w każdych warunkach i wykorzystywać każdą chwilę, żeby coś napisać, zmontować, obrobić zdjęcia. Zawsze jest za krótko z czasem, zawsze na już, i zaraz trzeba pędzić gdzieś dalej. Tworzę sobie zatem setki biur po drodze – raz w samolocie, raz na schodach na lotnisku, innym razem pod palmą w tropikach. Potrzebuję tylko dwóch rzeczy – mojego komputera i słuchawek, które pozwolą mi się odciąć od świata.

Dodatkowo musicie wiedzieć, że mam wyjątkowe szczęście do płaczących dzieci i imprez, wtedy kiedy muszę coś napisać. A to w samolocie, jedyny płaczący niemowlak siedzi dokładnie obok mnie albo akurat gdy kończę zlecenie, sąsiedzi robią balangę za ścianą – standard. Natomiast te problemy zaczęły się zmniejszać, kiedy zaczęłam pracować w bezprzewodowych słuchawkach SONY WH-1000XM3, które silnie wygłuszają otoczenie. Powiem Wam więcej – nawet nie puszczając żadnej muzyki w tle, wystarczy że je włączę i od razu odcinają mi wszelkie szumy z otoczenia. Często pracuję w nich właśnie bez żadnej muzyki, bo działają jak korki do uszu. Niesamowity efekt, nigdy nie spotkałam się z taką funkcją w słuchawkach, których używałam wcześniej. Wszystkim pracującym w hałasie, w drodze i gdzie popadnie i tym którzy uwielbiają słyszeć każdy bit i drgnięcie, jakby muzyka była częścią tylko ich świata lub po prostu tym, których lubią płaczące dzieci – polecam je, bo niesamowicie usprawniły mi pracę i odstresowały.

Czy to jest praca dla każdego?

Bycie pełnoetatowym podróżnikiem, tworzenie materiałów o różnych miejscach na świecie, a w moim przypadku jeszcze łączenie tego z trenowaniem i prowadzeniem zajęć sportowych, to nie jest lekka praca, tak jak myślą niej niektórzy. Wymaga elastyczności w działaniu, wbrew pozorom wytrzymałości ogromnego tempa, zmiany środowiska, godzin pracy, stref czasowych, nieprzespanych nocy. Ale przede wszystkim umiejętności dostosowania się do zmieniających warunków, innych kultur, zwyczajów oraz tego, że nawet jak coś nie idzie po naszej myśli, to trzeba zagryźć zęby i robić swoje. To jest moja praca marzeń, ale wymusiła na mnie bycie wszechstronną jak żadna inna wcześniej i operowanie na co dzień dziesiątkami umiejętności – od psychologii, po marketing, sprzedaż czy tworzenie medialnych treści.

I tak, teraz zarabiam na swoim wieloletnim doświadczeniu, na byciu ekspertem, na wypracowanych umiejętnościach i na tym, że organizowanie podróży mam w małym palcu, i że potrafię robić jednocześnie naprawdę wiele rzeczy. Pracowałam na to latami i teraz w końcu doszłam do momentu, że mogę swoją pasję do podróży i sportu przekuć również w pracę i moje umiejętności są warte zapłacenia za nie.

To wszystko nie wzięło się znikąd. Nikt nie dotknął mnie magiczną różdżką i nie nauczył mnie języków obcych, pisania tekstów, fotografii, umiejętności wyłapywania ciekawych historii, które potem dają komuś innemu bodziec do działania. Nikt za mnie nie trenował i nie stawał się sportowcem.

Jeśli zatem ktoś mi mówi, że to wszystko przyszło za darmo i za nic, to uśmiecham się pod nosem i przypominam sobie tę małą dziewczynkę, która mając 7 lat, dreptała po szkole na kolejną próbę zespołu, wtedy gdy inny bawili się na boisku, którą znów ominęły przez to urodziny przyjaciółki i która obtarła sobie kolano podczas ostatniej choreografii, wiedząc tylko tyle, że na pewno nie zrezygnuje.

________________________________________________________________________

Wiem, że tak jak ja jesteście fanami technologii i łączenia jej z podróżami i sportem, więc mam dla Was zniżkę na słuchawki Sony, których używam.

W dniach 9-12 maja z kodem ALEX20 w Media Markt możecie je kupić o 20% taniej :)

Poniżej podlinkowuję te modele, żebyście nie musieli ich szukać:

  1. żółte, sportowe SONY WF-SP700N
  2. srebrne, nauszne SONY WH-1000XM3
Close Menu