close
TajlandiaPodróżnicze rady

Jak prawie umarłam na dengę w Tajlandii

Długo wahałam się, czy o tym napisać, ale zdecydowałam, że to mój obowiązek jako podróżnika, aby dzielić się też ciemnymi stronami związanymi z podróżami. Szczególnie dlatego, że mało kto z tych, z którymi rozmawiam, słyszał o dendze, a jeśli nawet gdzieś mu się obiło, to nie za bardzo rozumie, co to za choroba i jak się przed nią chronić. Zrobiłam sobie mały wywiad środowiskowy wśród ludzi, którzy podróżują lub planują podróże, np. do popularnej obecnie Azji Południowo-Wschodniej. W różnych kontekstach pytałam o dengę i liczyłam, ile osób wiedziało cokolwiek. Na kilkadziesiąt zapytanych, trzem obiło się o uszy. I to by było na tyle. Trzy osoby. To mnie całkowicie przeraziło. Przeraził mnie ogrom nieświadomości, ignorancji, nieprzygotowania, a najbardziej – poczucia nietykalności. Musiałam naprawdę opowiedzieć im wszystkim w szczegółach, co mi się przytrafiło, żeby zyskać ich uwagę i zainteresowanie tematem. Jeśli tego nie robiłam, słyszałam odpowiedzi: „Choroba tropikalna? Niee… ja tylko na dwa tygodnie na wakacje lecę” albo „Eee tam, mnie komary to nie gryzą”. To była trochę walka z wiatrakami. Miałam za to poczucie, że muszę coś zrobić, napisać, powiedzieć, bo musimy się nawzajem edukować, jeśli chodzi o podróżowanie. Za dużo jest wokół pięknych i idealnych blogów zachęcających do podróży, a za mało w tym wszystkim edukacji i wiedzy.

Na ogół takie wpisy są niewygodne i nikt nie chce ich czytać do porannej kawy. Nie ma ładnych zdjęć, nie ma zapowiedzi przygody ani inspiracji. Tym razem jest za to coś znacznie ważniejszego – kwestia Waszego zdrowia, więc wytrzymajcie do końca, by nauczyć się na moim, niestety paskudnym, doświadczeniu. Naprawdę nie chcielibyście być na moim miejscu, a ja z kolei nie życzyłabym nikomu zarażenia się dengą.

Zauważyłam, że nikt nie chce dzielić się takim doświadczeniami, nie pisze ku przestrodze, a blogerzy podróżniczy często piszą wymijająco o podróżach: „wiadomo zdarzają się choroby, niektóre groźne i człowiek się boi, no ale to nie jest temat na teraz”. Jak to nie jest na teraz?! Właśnie tu i teraz powinno się rozmawiać o zdrowiu. Jak mamy się nauczyć i chronić, jeśli ktoś wspomina, że był w danym kraju, coś mu się stało, ale nie chce mówić co. Jeśli jest to choroba, na którą może zachorować każdy, to TRZEBA o tym mówić!

Jest wiele chorób tropikalnych, które świat Zachodu omija szerokim łukiem, wiec są dla nas odległe, jakby nas nie dotyczyły. Wiele z nich możemy kontrolować w jakimkolwiek stopniu – szczepić się, myć ręce, nie pić wody z nieznanego źródła. Gorzej z tymi, których kontrolowanie jest niesamowicie trudne, czyli chorobami przenoszonymi przez owady. Wiemy sporo o malarii i choć też jest wyjątkowo niebezpieczna, to są leki, którymi można się chronić. Jeśli zarazicie się dengą, to nie ma magicznych tabletek, które Was z niej wyleczą. Ochroną jest nasza świadomość i wiedza.

Zacznijmy zatem od tego, czym właściwie jest denga.

To choroba zakaźna wywoływana przez wirusa dengi. Występują cztery typy serologiczne wirusa, co ma znaczenie dla przebiegu choroby. Gorączkę krwotoczną denga wywołuje tylko serotyp 3 i 4. W różnych regionach świata występują różne typy wirusa. Zarażenie się jednym uodparnia na niego w przyszłości, ale nie chroni przed kolejnym zarażeniem innym typem wirusa.

Wirus jest przenoszony przez komary, co oznacza, że możemy zarazić się nim od ukąszenia. Nie ma za to możliwości przeniesienia zakażenia bezpośrednio z człowieka na człowieka.

Denga występuje w gorącej strefie klimatycznej Azji Południowo-Wschodniej, Afryki, Ameryki Środkowej i Południowej oraz na wyspach Oceanii. Ryzyko zakażenia jest mniejsze w rejonach położonych na wysokości powyżej 1000 m n.p.m. Wedle źródeł WHO, gorączka denga jest dziś najszybciej rozprzestrzeniającą się chorobą przenoszoną przez komary. W skali roku notuje się blisko 400 milionów zakażeń.

Ja zaraziłam się będąc w Tajlandii. Często mówię o sobie, że gryzie mnie wszystko i przyciągam każdy gatunek owadów i chyba sobie to wykrakałam. Mieszkałam w Tajlandii przez kilka miesięcy i wszystko było ok. Stosowałam repelenty, ale komary i tak mnie gryzły. Niby wiedziałam, z czym to może się wiązać, ale szczerze mówiąc, kto by się tam przejmował, kiedy wokół palmy i słońce. Człowiek ma uśpioną czujność i wydaje mu się, że jak jest tak dobrze, to nic złego stać się nie może.

Aż pewnego dnia coś zaczęło się dziać. Poczułam zawroty głowy, było mi słabo. Objawy były podobne do przeziębienia. Łatwo je złapać w podróży, więc na ogół człowiek nie wyłącza się z życia przez jakieś tam złe samopoczucie. Czułam się kiepsko, ale dzień później miałam zaplanowany wyjazd do Laosu na kilka dni i nie chciałam tego odwoływać. I poleciałam. To był największy błąd, jaki mogłam zrobić, bo jak się później okazało, to nie było przeziębienie, tylko denga, a ja wylądowałam w kraju nisko rozwiniętym z kiepską opieką medyczną.

Zdążyłam dojechać do hotelu i gorączka podskoczyła mi do ponad 40 stopni. Nie pamiętam, żebym jako dorosły człowiek miała tak wysoką temperaturę. Wszędzie piszą, że początek choroby zaczyna się kilka dni po zakażeniu i ma zazwyczaj łagodny przebieg. Objawy są niespecyficzne i obejmują nagłą gorączkę, osłabienie, bóle głowy, mięśni i stawów, wysypkę. Mogą pojawić się bóle brzucha, wymioty bądź biegunka.

Doświadczyłam ich wszystkich, jakbym była książkowym przypadkiem. Z jedną tylko różnicą. Ten kto w Internecie nazywa te objawy łagodnymi, nie ma o tym pojęcia. Nie było łagodnie. Zaczęłam mieć majaki i nie byłam w stanie utrzymać się na własnych nogach, a to wszystko zadziało się w ciągu dwóch godzin.

Miałam szczęście, że nie byłam wtedy sama, a mój narzeczony, dosłownie zaniósł mnie do szpitala. Co też nie było łatwe, bo w Laosie natknęliśmy się na dużą barierę komunikacyjną i przez 40 minut nie mogliśmy znaleźć szpitala (nikt nie chciał nas do niego zawieźć, bo nie rozumieli, o co ich prosimy). Trafiliśmy w końcu do laotańskiego oddziału, ale pomimo tego, że byłam już wtedy półprzytomna, nie chcieli mnie przyjąć i odesłali mnie do innego, francuskiego prywatnego szpitala dla obcokrajowców. W sumie to tę trasę ledwo pamiętam. W końcu jakoś nam się udało. Dostałam się na oddział, zrobiono mi badania krwi i podano dożylnie leki przeciwgorączkowe i nawadniające. Leżałam na oddziale kilka godzin, a ponieważ dzięki dawce uderzeniowej leków poczułam się na chwilę lepiej, to postanowiłam, że wracam do hotelu (nie znoszę szpitali).

Zresztą okazało się, że na tym etapie lekarze nic nie mogą dla mnie zrobić, bo o ile choroba nie przerodzi się we wstrząs i nie wywoła krwotoków, wybroczyn na skórze, krwawienia z błon śluzowych nosa czy ust, ale także dróg rodnych i przewodu pokarmowego, to jedyne co mogę zrobić, to zbijać gorączkę Apapem i nawadniać organizm. Reszta zależy od siły mojego organizmu i tego, czy sam sobie poradzi.

Choroba przebiega dwuetapowo. Gorączka spada po kilku dniach, następnie następuje remisja objawów na okres kilkunastu godzin. Drugi okres gorączkowy, trwający 1–2 dni, przebiega z towarzyszącą wysypką plamisto-grudkową, zajmującą początkowo grzbiety rąk i nóg.

Niekiedy dochodzi do śpiączki. W 4–5 dniu choroby występują krwawienia do jam ciała, często z objawami wstrząsu i utraty przytomności. Jeśli nie podjęto wcześniej leczenia, zwykle dochodzi do zgonu, 4–6 godzin od wystąpienia objawów wstrząsowych. Zgony dotyczą głównie dzieci. Taki przebieg choroby określany jest w piśmiennictwie jako gorączka krwotoczna denga z zespołem wstrząsowym.

Następnych dwóch tygodni nie pamiętam. Wiem, że nie byłam w stanie wstać z hotelowego łóżka o własnych siłach. Wszystko zlało mi się  w jedno i nie wiedziałam, gdzie jestem ani ile już tak leżę. Wiem tylko, że czasem miałam wrażenie, że już nigdy nie wyjadę z Laosu. Miałam niesamowite szczęście, że ominęła mnie połowa z typowych dla dengi objawów. Ale mogło być różnie. Po około 2,5 tygodnia byliśmy w stanie wylecieć z Laosu, wrócić do Tajlandii i kontynuować naszą podróż, choć w znacznie wolniejszym tempie.

Myślicie, że to koniec? Niestety nie. Około trzech miesięcy zajął mi powrót do pełnego zdrowia i poziomu energii. Kilka miesięcy poprawiałam kondycję fizyczną i wydolność, bo trening bardzo mnie męczyły, miałam zadyszkę, robiło mi się słabo. A po trzech miesiącach zaczęły się skutki uboczne. W moim przypadku było to wypadanie włosów. Szok toksykologiczny dla organizmu był tak silny, że komórki włosów obumarły i nic nie było tego w stanie powstrzymać. Straciłam 30% włosów. I tak miałam ogromne szczęście, że tylko tyle i natychmiast zaczęły odrastać.

Do tej pory nie było lekarstwa, chroniącego przed dengą. Jedynym sposobem była profilaktyka, czyli stosowanie repelentów, moskitier, noszenie odpowiedniej odzieży (długie rękawy koszul i nogawki spodni), zwłaszcza od zmierzchu do świtu.

Chyba jednak mamy szansę na przełom. Na początku 2016 roku WHO podało, że zakończono badania nad szczepionka Dengavaxia. Szacuje się, że jej wprowadzenie ma zmniejszyć śmiertelność z powodu gorączki denga o 50 proc. , a zachorowalność o 25 proc. przed rokiem 2020. Szczepionka została na razie zarejestrowana w Meksyku, Brazylii, Salwadorze, na Filipinach i w Paragwaju. Filipiny rozpoczęły już akcję szczepień. Obecnie trwają procedury rejestracyjne w innych krajach endemicznych.

Pomimo tej nadziei, na ten moment nie przekłada się to na ochronę mieszkańców krajów wysokorozwiniętych. W Polsce nie ma jeszcze możliwości zaszczepienia się przeciwko dendze, więc wciąż zostaje nam profilaktyka.

Tym wpisem chciałabym włączyć Wam czerwoną lampkę, tak abyście zaczęli myśleć o swoim zdrowiu i o tym, że nie jesteście nietykalni.

Ja tak o sobie myślałam. Przecież młodej, wysportowanej i zdrowej dziewczynie nic nie może się stać. Jestem odpowiedzialna, dużo podróżuję, wiele widziałam, przecież takich osób nic nie tyka. Nie chce się wierzyć, że w pięknym miejscu, w którym świeci słońce, a jedzenie jest pyszne, nagle wszystko może się zawalić. Tak trudno jest przyznać się przed samym sobą, że nie jest się wyjątkowym, wybranym i nietykalnym, a życie i śmierć, zdrowie i chorobę oddziela zaledwie cienka linia. Zdowie nie jest nam dane na pewno i nie ma jego nieskończonych pokładów i jeśli nie zaczniemy myśleć, to nic nas nie ochroni przed jego utratą. Nawet to, że mamy dobre intencje, jesteśmy dobrymi ludźmi i to powinno do nas wracać. Widać nie zawsze działa.

Ta choroba była dla mnie szokiem z dwóch powodów. Po pierwsze przewartościowała mi podejście do życia i zdrowia. Już mi się nie wydaje, że jestem nietykalna. Za to bardzo boleśnie dotarło do mnie, że życie jest kruche i nie jest nieskończone. Cliche powiecie. Może i tak, ale rzeczywiście trzeba być na jego granicy, aby to zrozumieć. Zaczęłam jeszcze bardziej doceniać to, co mam, cieszyć się małymi rzeczami i korzystać ze wszystkich szans. A zdrowie stało się dla mnie najważniejsze. Dbam o siebie i o swój organizm. Często pytacie mnie skąd czerpię motywacje do trenowania i zdrowego odżywiania, czemu mi się chce. To jest właśnie powód. Wiem co to znaczy, jak organizm jest słaby, jak sobie nie radzi i jak jedyne o czym się marzy, to móc pobiegać i poskakać z uśmiechem na ustach. Wyszłam z tej choroby w sumie bez szwanku, jak teraz śmiałabym marudzić, że mi się nie chce korzystać z życia i ze zdrowia?

Po drugie, dostałam niesamowitą lekcję o sobie samej. Pisałam o tym w innym artykule (tutaj) – podróże nauczyły mnie, że mogę wytrzymać więcej niż mi się wydaje. Ten punkt odnosi się między innymi to dengi. Nigdy bym nie pomyślała o sobie, że mam tak silny i waleczny organizm i jest we mnie tyle woli walki o zdrowie. Prawda jest taka, że pomimo silnych objawów, wiele z nich zupełnie mnie ominęło, a chorobę pokonałam w ekspresowym tempie dwóch tygodni. Widać jestem silniejsza niż mi się wydawało.

Oczywiście ta historia nie sprawiła, że odechciało mi się podróżować, ale teraz jestem bardziej odpowiedzialna, przykładam wagę do profilaktyki i ponad wszystkie atrakcje stawiam swoje zdrowie. Teraz, kiedy to przeżycie jest za mną, mogę powiedzieć, że denga była dla mnie niesamowitą lekcją pokory i szacunku do tego, co jest nam dane. Wy jednak nie potrzebujecie takiej lekcji, żeby móc przewartościować sobie swoje podejście. Niech Wam wystarczy moje doświadczenie i historia.

Dbajcie o siebie Podróżnicy, myślcie i pamiętajcie, że zdrowie to najważniejszy dar, jaki mamy.

Ten temat jest ważny, więc proszę  POLAJKUJ i PODZIEL się nim dalej. Niech dowie się jak najwięcej ludzi!

 

32 komentarze

  1. Świetnie napisany artykuł/blog. Trafiłam przez przypadek ale na pewno zostane ! Nigdzie o tym nie czytałam a to ważny aspekt podróży i ten jezyk -super !

    1. Dziękuje pięknie Ana za tak miły komentarz :) Jesteś tu zawsze mile widziana :) Temat jest nad wyraz ważny, ale świadomość wciąż niewielka. Warto więc o tym pisać, mówić, wspierać się. Pozdrawiam!

  2. Bardzo fajnie, że napisałaś o tym! Byliśmy w tym roku w Indonezji i pytaliśmy lokalsów o tę chorobę – stwierdzili, że przenoszą ją jedynie komary żerujące na bydle – trochę większe niż standardowe i w czarno-białe paski. Jesteś w stanie jakoś to potwierdzić? Zwracaliśmy uwagę na to jakie komary się do nas dobierały i na szczęście żaden nie przypominał tego z opisu.

  3. Mój mąż w trzecim tygodniu podróży też miał takie objawy i od razu pojechaliśmy do przychodni. Na szczęście okazało się, że to nie denga ale dzięki temu, że z tej okazji przekopałam cały internet mieliśmy sporą wiedzę na temat choroby. Czytałam, że najgorszy jest drugi atak denga, więc po pierwszym powinno zachować się ogromną uwagę. W Azji spędziliśmy 10 mcy i dzięki Bogu żadne z nas nie zachorowało, a mnie komary gryzą strasznie niestety :( Te, które przenoszą dengę są w czarno białe paski (łatwo je odróżnić gołym okiem) i ponoć żerują głównie w dzień, więc mieć to na względzie. Życzymy dużo zdrowia!

    1. Wspaniale, że wszystko było ok! U mnie też przez wszystkie podróże było dobrze :) Trochę w tym wszystkim nie było farta, a może tez trochę za mało uwagi z mojej strony. Trzymajcie się tam zdrowo, gdziekolwiek jesteście! Pozdrawiam ciepło

  4. Ja zaraziłem się dengą w Tanzanii, na szczęście objawiła się dopiero 2 tygodnie po poworcie do Polski, bo jednak lepiej przeleżeć ją w polskim a nie tanzańskim szpitalu. Moje objawy były podobne, choć nie trwały aż tak długo. Tydzień gorączki ok. 40 stopni i ból wszystkiego, na który nie pomagał nawet ketonal w kroplówce podawany prawie non stop. Po tygodniu ból i gorączka minęły. Denga jest znacznie groźniejsz niż malaria i cześciej jest śmiertelna. Nawet jej łagodne formy bardzo mocno osłabiają układ odpornościowy, co skutkuje jeszcze przez lata częstszymi i ostrzejszymi przeziębieniami, grypami i innymi zachorowaniami. Atakuje też układ pokarmowy. Ja miałem np. mocno powiększoną wątrobę i sledzionę. Przegadałem na ten temat wiele godzin z lekarzami kliniki chorób tropikalnych w Poznaniu i wiem, że żartów nie ma i miałem szczęście, że tylko tak się skończyło. Warto jeszcze dodać, że dengę przenoszą inne komary niż malarię. Te od dengi żerują za dnia, te od malarii w nocy. Niestety jak dotąd nie znaleziono lekarstwa ani szczepionki na tę chorobę. Nie da sięjej leczyć, można tylko łagodzić objawy, najczęściej z nikłym skutkiem. No i nie zostaniecie już krwiodawcami, bo krwi od osób kiedykolwiek zarażonych dengą nie przyjmują. Ważne – dengą nie można się zarazić od osoby chorującej. Przenoszą ją tylko komary. Piszę to, bo pamiętam reakcje niektórych znajomych na wieść o mojej chorobie.

    1. Przemku dziękuję, za uzupełnienie tematu swoją historią. Ważny jest tez aspekt krwiodastwa. O tym nie wiedziałam i muszę więcej poczytać na ten temat. Jeśli to prawda, to bardzo mnie to zasmuciło.

  5. Ja mialam stracha w Boliwii, bo mieszkalam w tropikach, gdzie co rusz dochodzilo do zakazen Nawet na terenie wielkiego miasta. Ja prawdopodobnie zapadlam na inna chorobe: Chikungunya, ktora jest podobna do dengi, czasem nie wiem czy gorsza…. Niestety, to czy na nas trafi czy nie to tylko przypadek. Komary gryza wszedzie, nie wazne, czy sie czyms wysmarujemy czy nie.Ale denga to i tak nic w porownaniu z inna choroba, ktora tam mozna bylo sie zarazic: choroba Chagasa, ktora jest przenoszona przez takie chrzaszcze, ktore lubia sobie mieszkac w glinianych domach, ktorych tam pelno. Nie ma co, trzeba uwazac na wszelkiego rodzaju robactwo!:) Pozdrawiam serdecznie i zycze zdrowia!

    1. Danuto dziękuję za ten komentarz! Dla mnie bardzo ważny, bo niedługo się tam wybieram. Poczytam więcej o chorobach o których piszesz, dziękuję za naprowadzenie :) Pozdrawiam ciepło i dużo zdrowia!

  6. Pracując w branży turystycznej spotykam się bardzo często z niewiedzą i ignorancją takich podstawowych spraw jak zdrowie. Widziałam już ludzi, którzy lecąc na drugi koniec świata nie mieli ze sobą żadnych środków medycznych, na żadne z popularnych objawów. Osobiście nauczona doświadczeniem, że i w Europie nie raz zdarzyło mi się zachorować, bo i w Hiszpanii coś mnie pogryzło tak że przez tydzień nie byłam w stanie stać na nogach o własnych siłach, w Bułgarii dostałam silnej alergii. Takie pierdoły, ale jak się rok temu dowiedziałam, że lecę do Azji- Wietnam, Kambodża i Tajlandia, to dzięki takim niby bzdurnym doświadczeniom pomyślałam POTRZEBNY MI LEKARZ. W googlach wyszukałam lekarza medycyny podróży w swoim mieście, bo przecież nie znam się, a poza tym strzeżonego Pan Bóg strzeże. Na prawdę miałam poczucie, że muszę się zabezpieczyć na każdą ewentualność i nie szukałam informacji na ten temat w internecie, bo ile ludzi tyle opinii. Zwolenników i przeciwników szczepionek, tabletek na malarie jest mnóstwo, ale ocenianie tego przez osoby niezwiązane z medycyną nie jest miarodajne. Poszłam do lekarza na wizytę, pierwsza wizyta kosztowała 40 zł, nie majątek, a spokój był dla mnie najważniejszy. Lekarz zalecił szczepienia, przepisał najpotrzebniejsze lekarstwa do zastosowania zanim dotrze się do lekarza, poleciła mi zabrać ze sobą kilka strzykawek i igieł. Może wydać się to głupie, ale jeśli miałam się obawiać jakiej jakości będzie wbijana igła do mojej żyły to jednak posiadanie kilku ze sobą nie wydaje się wcale głupim pomysłem. Nie powiem bo gdyby to wszystko policzyć to wyszło mnie to sporo, ale szczerze, każda wydana złotówka była tego warta. Przede wszystkim na grupę 30 osób z którymi byłam dzień w dzień i na ogrom osób spotykanych każdego dnia, nie boję się tego powiedzieć byłam jedyną osobą, która używała profilaktyki, a nie byłam ani razu ugryziona, nie miałam ani razu problemów żołądkowych itp. Znajomi wcierali w siebie Mugge w ilościach hurtowych co akurat dla skóry nie jest najzdrowsze, a i tak komary ich gryzły, oczywiście, że Mugge miałam ze sobą, ale nie używałam jej w ogóle. Więc śmiem twierdzić, że to działa i że trzeba być świadomym i warto skonsultować się ze specjalistą, a nie googlami, gdzie każdy może napisać co chce. Ważne by mówić i pisać również o takich aspektach podróżowania, bo akurat nie ma różnicy czy ktoś leci do kurortu czy wybiera się w samotną podróż do dżungli czy nawet w typowo turystyczne miejsca. Na pewno większe zagrożenie będzie w dżungli, ale nawet w kurorcie trzeba myśleć o tym co się robi i się zabezpieczyć. Widziałam bardzo pogryzionych ludzi w kurortach, którzy wracając do Polski obawiali się, że rany z pogryzienia wyglądają podejrzanie i co teraz. Mam nadzieję, że świadome podróżowanie zacznie być w modzie, może wtedy ludzie zmienią nastawienie dla swojego własnego bezpieczeństwa.

    1. Klaudio, bardzo Ci dziękuję za ten mądry komentarz. Zgadzam się z Tobą w 100% i wspaniale, że jesteś przykładem na innych podróżujących. Mam nadzieję, że będą Cię słuchali :) Cieszę się, że o tym głośno mówimy, bo to daje szansę na budowania świadomiej turystyki. Pozdrawiam serdecznie!

  7. Trafiłam na Twój komentarz na stronie Tajlandia FAQ. Historia przerażająca…Wybieram się właśnie do Tajlandii za 10 dni. Mam pytanie – jakie dokładnie repelenty stosowałaś i jak rozumiem – kupowałąś je na miejsu ? I co oznacza, że mogłaś się bardziej jeszcze zabezpieczać ?

    1. Mileno nie chciałam Cię przerazić, tylko zwrócić uwagę na ważną kwestię. Używałam MUGGA z dużą zawartością DEER(>20%). To działało. Jak mi się skoczyła, stosowałam miejscowe repelenty, które mają naturalną formułę na bazie olejków eterycznych. To na mnie działało już mniej. Z perspektywy czasu sądzę, że powinna częściej się pryskać i bardziej zakrywać ciało wieczorami i rano, kiedy komarów było najwięcej. Wszystko będzie dobrze, tylko dbaj o siebie i nie bagatelizuj tego. Pozdrawiam serdecznie!

  8. Cześć, przeczytałam Twój post z ogromną ciekawością i jednocześnie trwogą. Wow, ale przejscie, podziwiam, że dałaś radę ogarnąć się w tak trudnej sytuacji i dziękuję, że podzieliłaś się swoim doświadczeniem. Ja na pewno będę bardziej uważać. Zdrowia życzę, teraz chyba to będzie najlepsze życzenie jakie mogę dać innym podróżnikom:)

    1. Cześć Ewelino :) Mam nadzieję, że to Ci pomoże w Twoich podróżach. Dbaj o siebie i również życzę mnóstwo zdrowia, to jest dla podróżników najważniejsze :)

  9. Bardzo interesujący artykuł świadczący o dojrzałości autorki bloga. Tak trzymać, Ola!

  10. Co do repelentow w Tajlandii, na nas Mugga nie działała prawie w ogóle. Stosowalismy za to jakies repelenty z 7Eleven i bylo naprawdę spoko. Do kupienia w calej Tajlandii za kilka zl.

    1. Sądzę, że to jest bardzo osobnicza kwestia. Na mnie z kolei działa Mugga, a miejscowe zupełnie nie. Myślę, że każdy musi to przetestować na sobie. Inne rady nie ma. Pozdrawiam!

  11. OMG… thank you for sharing this…I dream about Thailand, but I’ve never heard about dengue…I’m glad that I found your post!

  12. What an awful story you had! It’s so good that you are ok! Thank your for sharing this, and important topic and we can all learn from it! Best

  13. Thank you so much for sharing your story. It must had been difficult to you. So many people would not share it with others, because they only pretend travels are perfect in every way. Thanks to you I made my vaccine appointments for the next week. Thank you so much!

  14. What an important post you wrote! Thank you for being brave enough to published it. I really appreciate it and I think I’m not the only one. I share it with all my friends, because we are going to travel Asia soon. I hope everything will be ok, but we will be extra careful thanks to you. Thank you Alex!

  15. Bardzo przydatny wpis! ja dwa tygodnie temu byłam w Tajlandii, sama 20 letnia dziewczyna, nie wiem co bym zrobiła jakby takie coś mnie spotkało, a czytałam na internecie o chorobach, komarach itp., ale fakt o tej chorobie to informacji nie znalazłam… dobrze , że już wróciłaś do siebie! :)

    Pozdrawiam i czekam na kolejne wpisy :)

    1. Dziękuję Klaudio, ja też się cieszę, że wszystko dobrze się skończyło. Ale najważniejsze, że Tobie nic się nie stało, zwłaszcza, że byłaś tam sama! Dużo zdrowia przy kolejnych podróżach i dbaj o siebie! Pozdrawiam ciepło

  16. Hej,
    przeżyłam tę samą historię, tylko z perspektywy Twojego narzeczonego. To ja ratowałam mojego mężczyznę kiedy został ugryziony przez -uwaga! – JEDNEGO komara! Na 2 tygodniowy wyjazd miał tylko jedno ugryzienie na całym ciele. Chciałam jednak zapytać o inną kwestię.. co z dalszymi podróżami? Nam miejscowi lekarze (byliśmy na Bali) mówili o tym, że przez chorobę ma wytworzoną naturalną odporność na ten jeden szczep, jedną odmianę, ale nie ma na inne. I każde następne ugryzienie przez skażonego komara przerodziłoby się w dengę z gorszymi objawami. Jeden z lekarzy powiedział nawet że sam przechodził przez tę chorobę 3 razy. Za ostatnim razem był nieprzytomny jakiś czas. Lekarze w Polsce także mówili o tym, że należałoby odczekać jakieś 2-3 lata kiedy przeciwciała nieco spadną i kolejne ewentualne zachorowanie nie będzie już tak groźne. Słyszałaś o tym? Podróżujesz dalej po rejonach skażonych dengą?

    1. Aniu! Naprawdę mi przykro, nawet nie wyobrażam sobie jak trudno może być po drugiej stronie i musicie patrzeć jak ktoś bliski choruje :( To chyba jednak jest gorsze, niż samo chorowanie…Mam nadzieję, że Twój mężczyzna czuję się już lepiej i wszystko dobrze się skończyło!

      I poruszasz ważną kwestię. Ja też słyszałam o wzmożonym zagrożeniu przy kolejnych zarażeniach. Powiem Ci szczerze, że waham się jak to rozegrać. W tym momencie mija rok, czyli teoretycznie jeszcze z dwa lata omijania połowy świata :) Na obecną chwilę mam plan na Am. Środkową za kilka miesięcy, ale jest to narazie plan. Być może spróbuję, trudno mi powiedzieć. A Ty jakie masz podejście?

Napisz komentarz

eighteen − three =