close
Meksyk

Cobá – najwyższa piramida Majów, na którą można się wdrapać i absurdalna psychologia tłumu  

Po namyśle rozdzieliłam na dwa tekst o starożytnych ruinach Majów w Meksyku – Chiché Itzá i Cobá, żeby nie bombardować Was naraz tymi rewelacjami. Poza tym stwierdziłam, że każde z nich dało mi jakąś życiowo-podróżniczą refleksję i zasługuje na oddzielny tekst.

Piramida w Cobá była akurat pierwszą, którą zobaczyłam podczas objazdówki Półwyspu Jukatan. Cobá znajduje się około 90 kilometrów na wschód od Chichén Itzá i około 40 kilometrów na wschód od Tulum. Jak się uprzeć, to można połączyć jej zwiedzanie z ruinami w Tulum (to do zrobienia na luzie) lub z Chiché Itzá (to na większym speedzie).

Miejsce jest zdecydowanie mniej popularne niż Chiché Itzá,  którą opisałam Wam w poprzednim wpisie – TUTAJ (zresztą po niej wszystko wydaje się wyludnione), i to zdecydowanie przemawia na plus za jego odwiedzeniem.

Prawie jak na szczycie świata

Cobá również zostało zbudowana w okresie prekolumbijskim. Miasto, które obecnie należy do stanu Quintana Roo, zajmowało powierzchnię 70 kilometrów kwadratowych i sieć 45 dróg (lub utwardzonych traktów –sacbeob, z języka Majów), a w okresie największej świetności zamieszkało je 50 tysięcy ludzi.

Co najbardziej fascynujące  miejsce należy do wciąż mało poznanych i zbadanych i przez to bardzo tajemniczych. Szacuje się, że na terenie Cobá znajduje się około 6,5 tysiąca struktur, z czego odkrytych jest jedynie kilkadziesiąt. Resztę porasta gęsta dżungla, chroniąc dostępu do spuścizny Majów. Cobá była jedną z największych metropolii świata Majów, dopóki jej wielki rywal Chichén Itzá nie rozszerzył swojej władzy. Pierwsze opisy stanowiska archeologicznego wykonali słynni podróżnicy John Lloyd Stephens i Frederick Catherwood. W 1881 roku Teobert Maler wykonała pierwszą znaną fotografię Cobá.

Piramida Ixmoja

Nazwa Cobá jest tłumaczona jako “water with moss” or “water moisture”, “water stirred by the wind”, ze względu na bliskość kilku jezior o mętnej barwie. Inni badacze starożytnego języka Majów sugerują więcej tłumaczeń, a wśród nich “water of the chachalacas” czy “tooth of the corn leaf”. Słowem nasza obecna wiedza opiera się głownie na domysłach.

Wspinaczka na czworakach – to na pewno tak nie wyglądało!

Największa piramida w Cobá nazywa się Ixmoja i należy do grupy budynków Nohoch Mul. To zdecydowanie główna atrakcja tego miejsca. Piramida ma 42 metry wysokościi należy do najwyższych piramid na Jukatanie. Jej wyjątkowość polega też na tym, że w przeciwieństwie do innych zabytków Majów, na tą konkretną można się jeszcze wspinać. Ale uwaga, czytałam, że rok 2019 ma być ostatnim, w którym można będzie wchodzić na tę piramidę, ze względu na zwiększającą się liczbę turystów i zniszczenia, jakie się z tym wiążą.

Żeby wejść na górę trzeba pokonać 120 stromych, kamiennych stopni. Nie ma tu żadnego zabezpieczenia, oprócz grubej liny biegnącej przez środek, której ewentualnie można się złapać.

Można do niej dojść spacerem, albo wynajmując rower lub rikszę.

Ale teraz porozmawiajmy chwilę o realiach tej wspinaczki. Pierwsze co widzi się po dojściu do piramidy, to ludzie w bardzo dziwnych pozycjach próbujący na nią wejść lub jeszcze gorzej wyglądający ci, którzy próbują zejść.

Patrzysz na nich i zastanawiasz się: co oni właściwie robią? Niezależnie od wieku i stopnia sprawności większość włazi i złazi na czworakach, zsuwa się na tyłku, czołga jak komandos na polu ćwiczeń.

Myślisz sobie: gdzie ja jestem i czy dam radę, skoro to jest taka gruba akcja? I czy Majowie wchodząc na górę, też tak głupio wyglądali?

Z tymi wszystkim myślami zbliżyłam się do piramidy i przeskakując ludzi czołgających się pod moimi stopami, po prostu na nią weszłam. Zajęło mi to 4 minuty i już byłam na szczycie. O co chodzi, myślę sobie. Czemu ci ludzie nie robią tego samego? Te rozważania przerwał jednak widok z góry.

Jest niesamowity, trzeba mu to przyznać. Ze wszystkich stron rozciąga się gęsta dżungla wyglądająca z góry jak gruby zielony dywan. W oddali słuchać dźwięki zwierząt i ptaków. Dodatkowa świadomość, że wszędzie wokół znajdują się kolejne fragmenty tego tajemniczego miasta, może kryjące jakieś skarby i niedostępne nam tajemnice, wywołuje ciarki na skórze…

Widok z góry i dżungla wyglądająca jak dywan
Gdzieś pomiędzy koronami drzew poukrywane inne struktury

I wtedy człowiek brutalnie wraca do rzeczywistości, bo obok niego pojawiają się kolejni zwiedzający, którzy ledwo wturlali się na szczyt. Magia pryska i chce jak najszybciej stamtąd zmyć.

I tu dopiero zaczyna się moja ulubiona część i cudowne wręcz urzeczywistnienie psychologii tłumu, czyli dziedziny psychologii społecznej, która zajmuje się funkcjonowaniem jednostek w dużych zbiorowiskach i zmianę sposobu zachowania ludzi w kontekście anonimowego tłumu.

Społeczny dowód słuszności

Przykład z Cobájest idealny – jest anonimowy tłum, jest brak określonych zasad, jest zamieszanie, i to rodzi społeczny dowód słusznościzasadę, według której człowiek, nie wiedząc, jaka decyzja lub jak pogląd jest słuszny (co może zależeć od różnych czynników), podejmuje decyzje lub przyjmuje poglądy takie same, jak większość grupy. Innymi słowy uważamy, że jakieś zachowanie jest poprawne wtedy, gdy widzimy innych ludzi, którzy tak właśnie się zachowują.

A zatem obstawiam, że znakomita większość wchodzących/schodzących na Cobánie miała zatrważającego leku wysokości (umówmy się, że statystycznie jest to po prostu niemożliwe, aby 99% miała tę fobię). Dodatkowo przyjrzałam się dobrze – było tam mnóstwo ludzi młodych, wcale nie otyłych, wyglądających na sprawnych. Dalej – nie było deszczu, więc nie było ślisko i niebezpiecznie, schody też nie były wyślizgane jak to czasem bywa w atrakcjach turystycznych.

Słowem: nie było to hardcorowe miejsce dla odważnych uprawiających na co dzień wspinaczkę górską.

Natomiast musiała się znaleźć zapewne jedna osoba, która z jednego z wyżej wymienionych powodów zaczęła schodzić w kuckach lub zjeżdżać na pośladkach. Ktoś podpatrzył, nie zastanowił się czemu tak i powtórzył, a potem kolejny i kolejny myśląc może, że tak trzeba, jest łatwiej (wcale nie jest) czy bezpieczniej (też nie). I tak oto społecznym dowodem słuszności piramida w Cobástała się piramidą czołgających się ludzi.

Sytuacja była dość absurdalna, bo takie schodzenie na raka nie dość, że blokuje zejście, daje gorszą kontrolę ruchu (większość weszła tam w klapkach) to jeszcze trwa strasznie długo. Ja z niedowierzanie (ponownie) przeskakiwałam ludzi, schodząc na dwóch nogach, w pozycji pionowej, bez żadnego problemu, co zajęło mi 2 minuty.

Jaki z tego morał? Czasami warto się zatrzymać i zastanowić, czy to co robią ludzie wokół nas, ma rację bytu, jest konieczne i czy oni naprawdę wiedzą lepiej, co jest dla nas dobre.

Patrzcie miało być o piramidach Majów, a zrobiła się mała lekcja psychologii społecznej ;)

Tak wyglądał kościół

 

Cobá– praktycznie

  • Godziny i dni otwarcia: 7 dni w tygodni, godz. 8.00–17.00
  • Sugerowany czas odwiedzin: rano lub popołudniu, żeby ominąć tłum i palące słońce
  • Cena wejścia: 70 pesos
  • 40–50 USD za przewodnika – nie korzystałam, ale zapewne da się tę cenę negocjować
  • Ruiny można zwiedzać na trzy sposoby:
  • na piechotę (choć odległości pomiędzy zabytkami są spore. Natomiast jeśli zależy Wam na samej piramidzie to spokojnie możecie sobie zrobić spacer – zajmuje ok. 10 minut od wejście głównego),
  • wypożyczając rower za 25 pesos (wynajem zaraz przy wejściu)
  • rikszą z kierowcą za 100 pesos (nie martwcie się, rikszarze znajdą Was szybciej niż zdążycie pomyśleć, czy ich potrzebujecie)
  • Dojazd samochodem: ruiny znajdują się około 44 kilometrów (50 minut jazdy) od Tulum i ok. 109 km (ok. 1,5 godz. Jazdy) od Playa del Carmen.Polecam Wam wypożyczenie samochodu przez największy portal RentalCars.com
  • Dojazd autobusem: autobusy ADO Bus jeżdżą z Cancun, Playa del Carmen i Tulum.
  • Rekomenduję Wam nie zakładać japonek i klapaków na wejście na piramidę – wtedy naprawdę będziecie musieli się po niej czołgać ;)

2 komentarze

  1. Hej, miałam dokładnie to samo wrażenie w monastyrze Norawank w Armenii… Ludzie dosłownie obleźli świątynie, wyglądało to okropnie. A szli wszysycy – niezaleznie od wagi, kondycji, ilości trzymanych w rękach pakunków itp. Ja nie poszłam. Stałam tam zniesmaczona przez dobre kilkanaście minut. Zapraszam do mnie na bloga do wpisu o roadtripie w Armenii – są tam też zdjęcia tego wątpliwego „wydarzenia”.
    Pozdrawiam sedecznie, Ola!

    1. Dziękuję  Olu :) Ja miałam podobnie w Kambodży w Angkor Wat – tłum był taki w jednej ze świątyń, że nawet nie dało się do niej wejść. Coraz więcej takich turystycznych atrakcji, które są przeładowane, ale z drugiej strony to dobrze, że coraz więcej ludzi chce podróżować i poznawać :) Pozdrawia ciepło!

Napisz komentarz

two × 3 =