close
Boliwia

Kiedy utykasz pomiędzy niebem a ziemią na Salar de Uyuni w Boliwii

Boliwjskie Salar de Uyuni to istny cud świata i jeden z głównych punktów na mojej wymarzonej przyrodniczej mapie Ameryki Południowej. Docieram do niego od strony Chile i jest to istny off-road, ale za to z widokami, które do dziś śnią mi się po nocach (przeczytajcie o tej trasie TUTAJ).

Na granicy solniska znajduje się miejscowość Uyuni, która jest bazą wypadową i noclegownią dla wszystkich, którzy przybywają tu zobaczyć to największe naturalne lustro świata.

Pomimo tego, że miejscowość jako taka nie ma nic ciekawego do zaoferowania, ja jestem zachwycona jej mieszkańcami. Uyuni to pierwsze miejsce, które odwiedzam w Boliwii i odmienność strojów i wyglądu Boliwijczyków robi na mnie duże wrażenie. Kobiety są kolorowo ubrane i pomimo skromnych strojów, nie mogę oderwać od nich oczu. W sumie cały ranek spędzam przyklejona do aparatu, fotografując codzienności mieszkańców miasta.

Luis, który jest tu moim przewodnikiem i kierowcą przyjeżdża po nas o 10 i nie tracąc już czasu, jedziemy na cmentarzysko pociągów – podobno jedną z największych atrakcji okolicy. Szybko jednak orientuję się, że to miejsce jest jednym wielkim marketingowym trickiem. Jego historia wiąże się bezpośrednio ze szczytem rozkwitu przemysłu wydobywczego w Boliwii. W miejscowościach Potosí i Sucre znajdował się duży tabor, który był natomiast remontowany w Uyuni. W miarę spadku cen surowców, a w związku z tym z coraz mniejszym użytkowaniem pociągów, coraz więcej z nich zalegało na stacjach. Żeby nie zawadzały zaczęto wywozić je stopniowo za miasto, gdzie z czasem rdzewiały i niszczały, tworząc cmentarzysko pociągów. Nie wiadomo było, co z nimi zrobić, więc ktoś sprytnie wymyślił, że zostaną atrakcją turystyczną o poetyckiej nazwie Cementerio de los Trenes. Słowem rewelacyjny marketing i wmówienie ludziom, że koniecznie należy odwiedzić to miejsce i zrobić zdjęcia, sprawiły, że tłumy turystów przyjeżdżają tu jak na plac zabaw dla dorosłych. Wytrzymuję tu całe pięć minut i stwierdzając, że to nie mój klimat, zawracam Luisa z tej obleganej atrakcji.

Zanim ruszymy w głąb Salar de Uyuni, zatrzymujemy się jeszcze na lunch w budynku zbudowanym z soli, który stoi wprost na pustyni. Luis przygotował dla nas jedzenie – stek z lamy i quinoa z warzywami. Jest rewelacyjnie dobry i zdrowy. Qinuoa, znana jako komosa ryżowa, to podstawowy składnik diety w Boliwii i Peru. Jest tu uprawiana od pięciu tysięcy lat. Była podstawowym pokarmem już w państwie Inków i zastępowała im kukurydzę, którą trudno było uprawiać w górskich warunkach. Tradycyjnie władca inkaski corocznie wysiewał pierwsze nasiona. Po podboju państwa Inków przez Hiszpanów wprowadzono uprawę pszenicy i jęczmienia, przez co znaczenie komosy w regionie znacznie zmalało.

Obecnie jednak jej prozdrowotne wartości są ponownie doceniane i dzięki temu komosa staje się znana w różnych zakątkach ziemi. Zalicza się ją do grupy wysoce odżywczej żywności, czyli tzw. superfoods, bo oprócz białka zawiera szereg innych, cennych dla zdrowia składników. Jest bogatym źródłem manganu, magnezu, wapnia, żelaza, miedzi i fosforu. Mieszkańcy Ameryki Południowej są tego świadomi i jedzą ją praktycznie codziennie, zachwalając jej magiczny wpływ na organizm.

W czasie lunchu robimy plan na najbliższe godziny. Jest końcówka pory deszczowej i wciąż można tu znaleźć połacie wody, w których odbija się niebo. Żeby jednak je zobaczyć, trzeba wjechać daleko w głąb solnej pustyni. I wbrew pozorom mamy dokąd jechać.

Jedyny budynek stojący w pustyni solnej
Symboliczne flagi krajów z całego świata

To największe solnisko świata znajduje się na wysokości 3 653 m n.p.m. i zajmuje przestrzeń 12 000 kilometrów kwadratowych. Niegdyś było to Lago Minchin, prehistoryczne słone jezioro pokrywające większość dzisiejszej południowo-zachodniej Boliwii. Obecnie grubość warstwy soli w centralnej części solniska przekracza aż dziesięć metrów, a cały teren zawiera około dziesięciu milionów ton soli (!).

Niedaleko miejscowości Uyuni w Colchani znajduje się też jedyna w regionie kopalnia soli. Co roku w tym miejscu wydobywa się jej około 20 000 tysięcy ton. Mieszkańcy tego regionu często własnoręcznie zajmują się wydobyciem soli, zbierają ją i usypują w formie kopczyków, których pełno jest w krajobrazie Salar de Uyuni.

Szacuje się, że solnisko zawiera od 50 do 70% światowych zasobów soli. Aktualnie trwa walka o prawo do ich wydobycia. Jeżeli władze Boliwii na to zezwolą, istnieje duże prawdopodobieństwo, że krajobraz Salar de Uyuni przestanie istnieć.

W porze suchej równina jest pokryta warstewką wysuszonej soli, sprawiając wrażenie, jakby powierzchnia była popękana. Jednak w porze deszczowej pokrywa ją warstwa wody tworząca olbrzymie lustro rozciągające się aż po horyzont. To lustro chcę dziś znaleźć.

Ruszamy przed siebie. Po horyzont rozciąga się biała pustka. Nigdzie nic. Jakbym jechała po białej kartce papieru. To jeden z najbardziej płaskich obszarów na świecie (różnica wzniesień wynosi niecałe 41 centymetrów).

Postanawiamy zatrzymać się i pobawić perspektywą. To chyba największa atrakcja Salar de Uyuni – możliwość robienia zdjęć na których bez wysiłku można powiększać i pomniejszać fotografowane obiekty. Konfiguracji jest nieskończona ilość.

Gdy kończą nam się pomysły i rekwizyty, ruszamy dalej  kilkadziesiąt kilometrów w prostej linii. W końcu znikają za nami obrzeża miasta i krajobraz jakby się zamykał. Gdzie się nie spojrzy, otacza nas kopuła nieba i ziemi. Niebo odbija się w wodzie pokrywającej sól, a może to ziemia odbija się w bezchmurnym niebie. Sama już nie wiem. Wszystko zlewa mi się w jedno.

Wdrapuję się na dach samochodu, żeby lepiej widzieć. Biała nicość po horyzont, która zapiera dech w piersiach. Mam wrażenie, że utknęłam pomiędzy światem rzeczywistym a tym boskim, nieosiągalnym. To bezapelacyjnie jeden z najpiękniejszych, surowych widoków Boliwii, który dosłownie oślepia blaskiem promieni odbijających się od białych minerałów.

Samotność na Salar de Uyuni

Zdejmuję buty i próbuję przejść się kawałek po płytkiej wodzie. Sól jest ubita, ostra, spacer nie jest przyjemny, ale za to sprowadza mnie na chwilę za ziemię. W tym nierzeczywistym miejscu ludzkie wrażenia potrafią nieźle otrzeźwić. Nie ma wokół żadnego życia, nawet jeden podmuch wiatru nie przerywa tego cichego bezruchu. Dziwne uczucie. Zamykam oczy i chłonę to zawieszenie w czasie.

Zostajemy tutaj aż do zachodu słońca, który dosłownie pali niebo wokół i pokrywa różową poświatą powierzchnię soli. Luis wyciąga butelkę wina, a ja wznoszę toast za jedną z najpiękniejszych chwil podczas tej podróży i za tu i teraz, gdzieś pomiędzy niebem a ziemią.

 


Jeśli chcecie poznać dalszy ciąg tej historii oraz inne opowieści z mojej wyprawy do Ameryki Południowej, zapraszam do przeczytania mojej książki

„Ameryka Południowa – śladami cudów natury

  (kliknijcie TUTAJ).

Napisz komentarz

seventeen + 11 =