close
IndieZwierzęta

Safari w Indiach? Czyli jak (nie) zobaczyć tygrysa

Tytuł jest trochę przewrotny, wiem. Dajcie mi jednak rozwinąć tę myśl i podzielić się moim doświadczeniem z safari nie w dobrze znanej wszystkim Afryce, ale w kraju, który z safari nie słynie, a jednak ma potencjał, by uczynić z tego ważny punkt swojego naturalnego dziedzictwa.

Zacznę zatem od pytania: Czy byliście kiedyś na safari?

Ja do tej pory nie i to właśnie podczas podroży do Indii miałam pierwszą okazję zaliczenia safari w pełnym tego słowa znaczeniu! 
Jak na pierwszy raz przystało, emocje sięgają zenitu, a oczekiwania są nieskończone. Takie właśnie były moje w Indiach.

A wieść gminna niesie, że imponująca liczba dzikich zwierząt, które zamieszkują Karnatakę obejmuje nie tylko azjatyckie słonie i tygrysy, ale także cały szereg mniejszych istot, takich jak: ptaki, jaszczurki, węże, żaby i owady (a jakże!). Mieszka tu największa populacja słoni w Indiach i jedna z największych populacji zagrożonego tygrysa i lamparta. Na obszarze 6600 km znajduje się aż pięć parków narodowych, 21 sanktuariów dzikich zwierząt i kilka rezerwatów przyrody. To naprawdę sporo jak na jeden stan!

Zróżnicowanie regionu obejmuje prawie 3500 roślin kwitnących, z których 1500 jest endemicznych dla tego regionu, 100 gatunków ssaków, 400 gatunków ptaków, w tym kilka gatunków endemicznych i 73 gatunki gadów.

Brzmi naprawdę imponująco, prawda?

Wiecie, że na tym blogu kieruje się jedną zasadą: staram się nie zaciemniać rzeczywistości i pisać o podróżach i miejscach, które odwiedzam bez koloryzowania, upiększania i tworzenia nieprawdziwej otoczki. Nawet jeśli wszyscy wolelibyśmy wierzyć, że jest idealnie ;)

A zatem prawda jest taka, że podczas tej wizyty w Indiach miałam być w innym pociągu i w innej części kraju, ale zamieniłam się specjalnie dla tego jednego doświadczenia.

Najbliżej mi do dzikiej przyrody i nawet jeden dzień spędzony pośród śpiewu ptaków, skaczących małp i buszujących przy domku dzików jest dla mnie wart poświęcenia. I absolutnie nie żałuję tej zmiany!

Dla takich wschodów słońca zawsze warto!

Fakt jest jednak taki, że cała nasza grupa IndiaBlogTrain nastawiła się na zobaczenie tygrysów i słoni w naturze (kto by nie chciał), więc uzbrojeni w aparaty dosłownie przebieraliśmy nogami przed wyruszeniem w teren. Dodatkowo naszą ekscytację wzmacniał jeden z dyrektorów parku, twierdząc, że szanse na zobaczenia tygrysa są bliskie 96% (skąd wziął taką liczbę nie wiem, ale wiem za to, że Hindusi uwielbiają dorabiać różne zawyżone statystyki do swoich opowieści :)).

Na teren parku narodowego Kabini przyjechaliśmy późnym popołudniem, mieliśmy chwilę na lunch i zostawienie rzeczy w domkach-namiotach na terenie K Gudi Wilderness Camp, które stały dosłownie w środku dżungli. Ich dachy były pokryte strzechą, natomiast ściany zrobiono z materiału jak do namiotów. Przyznam, że ciekawy pomysł. Standard podstawowy, łóżka polowe, ale za to łazienka miała ciepłą wodę, więc nie mam pytań :)

Oczywiście było mi słabo na sama myśl, że zjedzą mnie tam żywcem komary (wiecie, jakie jest moje do nich podejście po przebytej dendze), ale co szokujące, w środku dżungli nie widziałam ani jednego (!). Jak nic los się nade mną ulitował. Piszę o tym à propos historii, którymi mnie straszono o chmarach komarów, które będą mnie pożerać w Indiach (zawsze dzielcie wszystko przez 10 i miejcie w tym swój własny rozum, a przede wszystkim nie dajcie się zastraszyć!).

Z innych ciekawostek –Internet na kartę w tym miejscu działał mi jak nigdzie indziej w Indiach! Co absurdalne, tylko mnie, bo moi koledzy nawet nie mogli się połączyć. Bycie online w sercu dżungli – bezcennie bezsensowne :)

Na safari wyruszyliśmy późnym popołudniem, a drugą próbę mieliśmy następnego dnia o świcie (pobudka o 5.00 rano), bo właśnie w tych porach żerują zwierzęta. Powsiadaliśmy do otwartych jeepów, z których każdy miał swojego przewodnika. Pochylmy się na chwilę na ich niezwykłymi umiejętnościami.

Tu udaję, że tez potrafię wypatrzeć jakieś zwierzęta :D

To, w jaki sposób potrafili wypatrzeć małego ptaka lub małpę ukrytą w koronie drzewa i za pomocą odpowiednio wydawanych dźwięków przyciągnąć je bliżej, było naprawdę niesamowite. Dzięki nim mogliśmy zobaczyć wiele bardzo płochliwych gatunków, np. małp.

A słonie i tygrysy?

Cóż, jak to bywa z przyrodą, robi sobie co chce, a nie to czego od niej oczekujemy, więc ani jednych ani drugich nie miałam okazji spotkać…

Za to naoglądałam się małp, jelonków i trafiła się też cała rodzina Pumby (co brzmi lepiej niż dzikie świnie). Jak się zresztą okazało było ich całe mnóstwo wokół domków, w których mieszkaliśmy.

Jest i Bambi! :)

Tutaj też pojawia się mała podróżnicza refleksja. Jako ludziom wydaje nam się, że to my wiedziemy prym i świat się kręci wokół nas. Tymczasem dzika przyroda ma swój własny cykl, swoje ścieżki, czas i ostatecznie to ona decyduje, czy uchyli nam rąbka tajemnicy. Takie próby zbliżenia się do niej, w większości nieudane lub wymagające ogromnej cierpliwości, uczą pokory i przypominają, że jesteśmy tu tylko częścią układu, a nie jej właścicielem.

O ile ze swojego egocentrycznego punktu widzenia bardzo chciałabym zobaczyć tygrysa, o tyle cieszę się, że nie wszystko jest pod nasze dyktando, a przyroda wciąż ma ostatnie słowo. I tak już dużo jej zabieramy…

Na pocieszenie napiszę, że znajomi, którzy odbyli pociągową podróż na północy Indii, właśnie tam widzieli tygrysy i słonie na wolności. Zatem nigdy nie wie się, na co i kiedy można trafić.

Żeby dodać tej historii odrobiny smaku, wspomniany dyrektor parku, który mówił, że jest prawie 96% szans na zobaczenie tygrysów, po naszym powrocie stwierdził, że on tu pracuje od 20 lat i żadnego nie widział haha :) Nie ma to jak dobić leżącego :D Uwielbiam Hindusów za ich wyczucie sytuacji <3

Jednak samo doświadczania safari i możliwość zobaczenia innych zwierząt (nie samym tygrysem człowiek żyje) było warte odwiedzenia tego miejsca. Piękna zieleń, cisza, śpiew ptaków, a wokół chatek buszujące jelonki i dziki to wciąż jest piękny świat dzikiej przyrody.

Na zakończenie dnia zaproszono nas też na ognisko w środku dżungli pod rozgwieżdżonym niebem. Cudowne, ulotne chwile.

A po kilku kieliszkach wina przy ognisku, ma się wrażenie, że te słonie jednak się widziało (żarcik).

Tej nocy spaliśmy poza pociągiem i powiem Wam, ze pół nocy przesiedziałam na hamaku, gapiąc się w gwiazdy. Dawno nie widziałam tak pięknego nieba…

Zdjęcie zrobione przez moją utalentowaną koleżankę Janet <3 Koniecznie odwiedźcie jej blog: Journalist On The Run <3

Zachwycam się Indiami na nowo <3

 

*Photo credits: Ministry of Tourism, Govt of India / Jinson Abraham

Napisz komentarz

two × 1 =